Strona G��wna
Szukaj:   
abc     o nas     login
Wzmocnij POWER - wyjd¼ na rower
z powrotem strona główna do góry

Skok przez Bałtyk - dziennik z podróży

Czwartek, 14 lipca 2005 r. Gdynia – Gdañsk - Nynashamn.

I oto nadszedł ten dzieñ. Przechodzą mnie ciarki. Najbardziej obawiam się przejazdu na prom, chociaż nie powinnam mieć żadnych obaw, bo wszystko wydaje się być zapięte na ostatni guzik. Najpierw jedziemy po zamówiony chleb. Bierzemy cztery bochenki zwykłego chleba i dwa razowego. Zajeżdżamy do Reni, by oddać jej tapicerską igłę. Mam wyrzuty sumienia, bo chyba ich obudziłam. Wracamy do domu, obiad jemy o dwunastej, robimy ostatnie porządki. Zjeżdżam na dół windą z rowerem o trzynastej piętnaście, zakładam sakwy. Za pięć minut przyjeżdża Jasiu. Wprowadza swój objuczony rower pod górkę. Za chwilę jest Romek. Jesteśmy gotowi do wyjazdu. Oddzwoniono!

Rowery trzęsą się pod ciężarem bagażu, do tego przyjdzie nam się przyzwyczaić. Boję się wprowadzania roweru po równi schodów na Śląskiej. Rower wraz z bagażem sporo waży. Romek pomaga mi go wtoczyć pod górę.

W Redłowie telefonuje Hania. Właśnie minęła nas, jadąc autobusem i chce nam powiedzieć, że ładnie wyglądamy, życzy nam wspaniałych wakacji, ja jej też – wypoczynku od nas.

W Sopocie w pawilonie kupujemy napoje. Do tych butli będziemy uzupełniać zapasy wody w drodze. W Szwecji i Finlandii woda z każdego kranu jest zdatna do picia bez gotowania. Nie trzeba kupować butli z wodą mineralną. Gdy w Gdañsku ścieżka rowerowa się koñczy, spokojnie dojeżdżamy do Nowego Portu ulicą. W pawilonie jeszcze ostatnie zakupy. Nie będziemy szastać pieniędzmi na promie, a piwko na rozpoczęcie wyprawy by się przydało…

Przed bazą promową siadamy na ławeczce, czekając na Monikę, ma jeszcze dwadzieścia minut czasu i jak ją znamy, wiemy, że przyjedzie na ostatnią chwilę. Za to słyszymy dzwonek roweru, to dzwonek Wiesi. Wiecznie zapracowana Wiesia pierwszy raz w tym roku wsiadła na rower i przyjechała się z nami pożegnać. Ależ niespodzianka! Jest więc i komitet pożegnalny! Cieszymy się, dobrze się zaczyna, jeśli ktoś inny jeszcze się o nas troszczy.

Punktualnie o piątej przyjeżdża Monika. Żegnamy się z Wiesią i podjeżdżamy do odprawy. Kontrola biletów i paszportów przebiega sprawnie. Wjeżdżamy na pokład samochodowy. Obsługa promu kieruje nas na właściwe stanowiska. Mocujemy rowery, obok nas ustawiają się motory, zabieramy górne torby, w których mamy podręczne drobiazgi, kanapki, termos i piwo. Zapamiętujemy numer pokładu i wejścia, by łatwo można było trafić, gdy dopłyniemy do Nynashamn.

Teraz bieg do kabiny, jesteśmy na drugim pokładzie, kabina nr 2040, pozostawiamy rzeczy i biegniemy na dziesiąty pokład, by zobaczyć Wiesię, wśród odprowadzających innych pasażerów promu gości. Wypatrzył ją Jan, na trawniku za brzozą. Nawołujemy, zobaczyła nas; wygląda na to, że będzie czekała do odejścia promu. Jednak godzina wyjazdu opóźnia się, z lewej strony burty widzimy, że jeden z pasażerów coś musi wyjaśniać, chodzi z obstawą naszych wopistów.

Na pokładzie wszyscy machają tym na dole, ci co stoją na nabrzeżu, pozdrawiają tych, co wybierają się w drogę, rozmawiają ze sobą przez telefony komórkowe. Renia przesyła pożegnalnego sms-a, próbuję do niej zadzwonić, ale ma wyłączony telefon, nagrywam się na sekretarkę.

Wiesia podnosi się z siedzącego miejsca na trawie, ona pierwsza zauważa, że prom ruszył, robi nam zdjęcia, my jej.

Pozdrawiamy się wzajemnie, machając rękoma, aż jej sylwetka zupełnie znika nam z oczu.

Pogoda piękna, słoneczna, trochę wieje. Schodzimy do kabiny po naszą kolację, jesteśmy bardzo głodni. Na tarasie przy stoliku zjadamy kanapki, potem pijemy piwo. Jaś przed wyjazdem kupił bułki i metkę, teraz zapach metki roztacza się apetyczną wonią; że też ja nie wpadłam na taki pomysł! Jesteśmy mocno podekscytowani. Prom i piwo przyjemnie kołyszą.

Monika opowiada swoje dawne przygody ze swoich wcześniejszych wyjazdów rowerowych do Francji i Wielkiej Brytanii. Śmiejemy się, bo opowiada zabawnie.

Kabina jest klasy turystycznej, łazienka na korytarzu, ale blisko. Biorę prysznic i idę spać pierwsza. Na moim liczniku jest dzisiejszy trzydziestoczterokilometrowy przebieg. (34 km)

Piątek, 15 lipca 2005 r. Nynashamn – Stockholm.

Dobrze spaliśmy. Po porannej toalecie gotujemy w korytarzu wodę do termosu, dopiero później zorientowaliśmy się, że kontakt jest też w kabinie, tyle, że wysoko. Jemy śniadanie, potem pijemy poranną kawę. O dwunastej będzie otwarty pokład samochodowy. Schodzimy, przeciskając się szybko między zaparkowanym tirem, a burtą. Jesteśmy spoceni i przerażeni swoim ryzykanctwem, bo co by było, gdyby tir nagle ruszył? Znajdujemy stanowiska naszych rowerów, zakładamy torby, zerujemy liczniki i po dwóch wyjeżdżających tirach, możemy jechać i my.

Kontrola przebiega sprawnie, wyjeżdżamy na ulice miasta, szukając rowerowej drogi do Sztokholmu, ale więcej plączemy się po uliczkach, niż ją znajdujemy.

Postanawiamy wrócić do informacji turystycznej, oddając pałeczkę Monice, ona najlepiej z nas zna angielski i uwielbia prowadzić według mapy. Dostaje plany Nynashamn i Sztokholmu i wreszcie udaje nam się wydostać z miasta. Droga rowerowa jest fatalnie oznakowana, jedziemy klucząc i wciąż pytając o właściwy kierunek. Trzeba było trzymać się drogi samochodowej nr 73, albo w jej pobliżu, ale kto to wiedział?

Droga jest dość trudna: to wznosi się to opada sporymi podjazdami i zjazdami, ale pogoda nam sprzyja, jest pogodnie, ciepło, przyjemnie. Na oznaczeniach rowerowych pojawiają się wciąż inne, obco dla nas brzmiące nazwy miejscowości i gdy nareszcie mamy pierwszy kierunkowskaz z rowerowym znaczkiem z napisem STOCKHOLM, cieszymy się, że to już będzie koniec naszych kłopotów.

Na trzydziestym piątym kilometrze znajdujemy miejsce na posiłek. Zjadamy kanapki, pijemy herbatę. Jasiu mówi, że będzie dobrze, jeśli do schroniska dotrzemy o dziewiętnastej, nawet jest jakiś zakład między Jasiem, a Romkiem, który optymistyczniej patrzy w przyszłość. Docieramy na miejsce naszego dzisiejszego noclegu o dwudziestej pierwszej. Nie widać wjazdu do schroniska. Romek z Moniką idą do recepcji, a my z Jasiem wpychamy po schodach mój rower. Pomaga nam jakiś Szwed, który wyjaśnia, że wjazd jest od tyłu budynku J.

Noclegi mamy na sali wieloosobowej na trzecim piętrze, kuchnia jest w piwnicy, łazienki na parterze. Bierzemy nasze sakwy, widzimy windę i włączamy ją. Jedzie nią jakiś pan, ale nie wysiada. Usiłuję wcisnąć guzik trzeciego piętra, ale pan daje znak, że za chwilę tam pojedziemy. Majstruje coś w skrzynce rozdzielczej swoimi kluczami i za chwilę jesteśmy na miejscu. Pan otwiera jeszcze korytarz i wskazuje nam drogę do naszej sypialni. Okazuje się, że przypadkowo natknęliśmy się na czynną windę, normalnie jest wyłączona. Jaś i Monika są zdziwieni, że przyjechaliśmy windą, gdy oni musieli dźwigać swoje tobołki po schodach.

Teraz schodzimy do kuchni, mieszczącej się za jadalnią, zjadamy dzisiejszy przydział chiñskiej zupki, mamy jeszcze po jednym piwku i po kąpieli idziemy spać. Dziewczyny w naszej sypialni urzędują do północy, mam chwilę na uzupełnienie notatek; gdy gaśnie światło, zasypiam snem sprawiedliwego. 77 km.

Sobota, 16 lipca 2005 r. Stockholm - Mariehamn – Djurvik i okolice.

Romek obiecywał, że obudzi się o czwartej, ale pierwsza wstaje Monika. Pakujemy sakwy i z całym dobytkiem schodzimy na dół. Na schodach spotykam Monikę, mówi, że kuchnia jest zamknięta, a nasze żarcie w lodówce… Na szczęście schodzi jedna z dziewcząt, która nocowała w naszym pokoju, też jest zmartwiona, bo i ona w lodówce ma swoje zapasy. To ona wypatrzyła na tablicy ogłoszeñ napis, że obsługa schroniska rozpoczyna swoją pracę o godzinie szóstej. To tylko dziesięć minut… dla nas każda minuta jest cenna, bo prom mamy o siódmej trzydzieści.

Gdy pan otworzył kuchnię i jadalnię, siadamy do szybkiego śniadania. Mamy gotowane jaja, wędlinę, chleb z margaryną i herbatę, napełniamy wrzątkiem termos i spakowani, czym prędzej wyjeżdżamy ze schroniska.

Pada niewielki deszczyk, ale jest cieplutko. Docieramy do bazy planowo, dowiadujemy się, że rowery wjadą na samym koñcu. Załatwianie formalności trwa minutkę. Pani sprawdza dane w komputerze, wszystko się zgadza, dostajemy karty zaokrętowania i śliczne plakietki z napisem Mariehamn w żółtym kolorze, które dostają też samochody, umieszczając je za szybą, na ich podstawie obsługa orientuje się do jakiej miejscowości zmierzają pasażerowie i w jakiej części promu ustawiać pojazdy. Każdy kolor etykiety ma inne miejsce na promie.

Oprócz nas jest spora grupka rowerzystów. Jest wśród nich małżeñstwo z dwójką dzieci w przyczepce. To śliczne bliźniaczki. Mama dzieci zabawia się z maluchami w znaną na całym świecie zabawę w „a kuku”, przykrywając raz jednemu, raz drugiemu malcowi buzię pieluchą, ten zgarnia ją i odsłania roześmianą buzię. Chwilę przyglądamy się sympatycznej zabawie i na sygnał obsługi wjeżdżamy na prom.

Wskazane miejsca nie są najbardziej komfortowe. Tylne koło mojego roweru musiałam oprzeć na jakiejś żerdzi, by nie uszkodzić o nią szprych i zębatki. Mocujemy trzy rowery naszymi zapięciami, Monika swój spina osobno. Opuszczamy pokład samochodowy i wjeżdżamy windą na górę, szukając miejsca, gdzie moglibyśmy się ulokować. Znajdujemy wolny stolik przy oknie, ale gdy przychodzi Monika, narzeka na zimno tu panujące. Idzie szukać lepszego lokum, znajduje je, przenosimy się, ale tu Romek z kolei narzeka na dym papierosów, bo tu akurat wolno palić. Wyszedł na zewnętrzny pokład i jest zadowolony. Zużyliśmy już wodę z termosu na zaparzenie herbaty, teraz przydałaby się kawa, idę prosić o gorącą wodę barmankę, ale ta mówi, że za wrzątek musiałabym zapłacić. Obejdzie się, dojedziemy na miejsce bez kawy, racząc się zimną wodą.

Widoki za oknami promu cieszą oczy. Są to wyspy i wysepki rozsiane po morzu. Jedne są zagospodarowane, zamieszkane, inne nie. Jest piękna pogoda, prom nie huśta. Dopływamy na miejsce wcześniej niż myśleliśmy, ponieważ jest zmiana czasu na Alandach. Na naszych zegarkach jest godzina trzynasta, a tu czternasta. Jasiu ustawia swój zegarek na czas tutejszy.

Szybko zbieramy swoje manatki i schodzimy na pokład samochodowy, ale nikt z nas nie zapamiętał oznaczeñ wejścia, gdzie stoją rowery i teraz poruszamy się niemal po omacku, wreszcie znajdujemy je i z promu wyjeżdżamy jako pierwsi. Robimy zakupy w sporym sklepie w Mariehamn, bierzemy materiały z informacji turystycznej, które nie są zbyt dokładne. Jest to tylko poglądowa mapa archipelagu, bez dróg lokalnych i ścieżek rowerowych. Zastanawiamy się nad kupieniem dobrej mapy, ale skąpstwo zwycięża. Nie damy 12 dodatkowych euro za 4 dni pobytu, może poradzimy sobie bez mapy, kierując się oznakowaniami? Zmierzamy do Djurvik, gdzie mamy zarezerwowany domek campingowy u pani Birgitty Bergman.

Zachwycamy się jakością dróg i ścieżek rowerowych. Są równiutkie, gładkie, na drogach bardzo mało samochodów, może dlatego, że to sobota? Tuż przed Djurvik zaczyna padać deszcz, nie ubieramy peleryn, zaraz będziemy na miejscu.

Po lewej stronie drogi widzimy niewielki kierunkowskaz na leśną drogę z napisem „Bergmans stugor”, sądzimy, że tam mamy jechać, skoro to domki Bergmanów. Zatrzymujemy się przy jednym z nich, pukamy, ale najpierw ubieramy peleryny, bo nie dość, że pada coraz mocniej, to niemiłosiernie tną komary pod zadaszeniem domku. Schowały się przed deszczem jak my i znalazły polską wyżerkę. Monika wypytuje jakiegoś pana o gospodarzy, mówiąc, że mamy gdzieś tutaj zarezerwowany domek. Podaje mu adres i telefon Birgitty. Pan dzwoni pod podany numer i okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie skręciliśmy w tę leśną drogę, znów musimy się wycofać i jechać dalej asfaltem. Gospodyni będzie na nas czekała.

Wystarczy trochę deszczu, a już humory nam się psują. Romek się złości, Monika też. Szukamy wskazanego adresu, jadąc raz w jedną, raz w drugą stronę. Każdy ma inną koncepcję. Tylko Jasiu nie wypowiada się głośno. Dobra dusza z tego Jasia. Wreszcie dojeżdżamy na miejsce, witamy się z Birgittą, która jest młodą, jasnowłosą, niespełna trzydziestoletnią kobietą.

Prowadzi nas do jednego z domków, zdejmuje buty i wchodzi do wnętrza domku, robimy to samo, jak za panią matką. Takie są tu zwyczaje. Domek jest drewniany, czyściutki, wygodny, ma dwie sypialnie. Na górze jest małżeñskie łoże, na dole cztery łóżka, stół, przy nim ławki, lodówka. Zostajemy wszyscy na dole. Potem Birgitta pokazuje nam kuchnię, jadalnię, pokój telewizyjny i pokój wypoczynkowy oraz pokoik zabaw dla dzieci. Osobne wejścia prowadzą do łazienek. Podoba nam się tu. Tym bardziej, że deszcz przestał padać i już wygląda słoñce. Jest jeszcze wcześnie, więc zjadamy błyskawiczny obiad i planujemy wyjazd, by poznać najbliższą okolicę. Dojeżdżamy do plaży, rozkoszując się jej urodą. Robimy tu zdjęcie, moment za szybko. Gdybyśmy trochę poczekali, mielibyśmy w tle golasa, który przyjechał się tu wykąpać. :)

Po powrocie do domku robimy jeszcze spacer na plażę, leżącą tuż przy naszym domku i mamy w planie kąpiel, ale pod prysznicem, na morską kąpiel jest trochę za chłodno. Musimy pamiętać o tym, by nosić przy sobie klucz do domku, bo drzwi mogą się zatrzasnąć, ponieważ języczek zatrzasku nie chowa się. Takie dziwne zamki mają Alandczycy.

Ostatni do kąpieli idzie Jasiu z bardzo zadowoloną miną, ja siedziałam z notatkami przed domkiem. Pytam go, gdzie jest klucz?

- W środku – odpowiada z uśmiechem. Dopiero teraz dociera do niego, że nie będziemy mogli dostać się do środka, jeśli gospodarze nie mają zapasowego klucza. Radzę mu, by szedł się spokojnie wykąpać, a jak wróci spod prysznica Monika, trzeba będzie złożyć wizytę gospodarzom.

Heta wiśta łatwo powiedzieć! Gospodarze pojechali do kościoła na garden-party, wrócą około godziny dwudziestej trzeciej, o czym informuje pozostawiona na drzwiach ich domu kartka. Na szczęście jest też numer telefonu komórkowego.

Monika łapie jakiegoś przechodzącego pana i przedstawia mu nasze położenie. Facet się przejął. Widać, chce pomóc. Dzwoni ze swojej komórki na podany telefon, wyjaśnia naszą sytuację. Dla gospodarzy widać to nie nowość. Kierują go na tyły ich domu i wskazują sekretne miejsce, skąd nasz wybawiciel przynosi pęk kluczy do wszystkich pomieszczeñ w obejściu Bergmanów. Jedne przekręcenie zamka i możemy znowu spokojnie „mieszkać”. Dziękujemy panu zgodnym chórem, wymieniamy uśmiechy z nim i z jego żoną. Faktycznie wybawił nas z kłopotu. Kiepska to byłaby perspektywa czekania na powrót gospodarzy cztery bite godziny. Na zakoñczenie całej draki Jasiu wyciąga swoją naleweczkę, którą raczymy się przy grze w kości. Spanie bardzo wygodne, zasypiamy prawie natychmiast. 38.24 km.

Niedziela, 17 lipca 2005 r. Diurvik – Saltvik i okolice.

Przed naszym wyjazdem wysłałam e-mail do pana Henryka Gwardaka, dziękując mu za jego stronę internetową, która była studnią wiedzy o Alandach i wielce przydatna w naszych planach; obiecywałam, że jeśli się uda, będziemy na mszy, na której będzie grał na organach. Prawie natychmiast przyszła odpowiedź od pana Henryka, z zaproszeniem na mszę do kościoła w Saltvik o godzinie jedenastej.

Wstaliśmy bardzo wcześnie, by spokojnie, nie spiesząc się dojechać do kościoła w Saltvik, oddalonego od naszego miejsca pobytu około czterdziestu kilometrów. Jak zwykle mamy problemy ze znalezieniem właściwej drogi, bo mimo pięknych dróg i ścieżek rowerowych oznakowanie wcale nie jest najlepsze, a my mamy tylko namiastkę mapy (teraz wiemy, że nie trzeba było żałować tych głupich 12 euro na porządną mapę.

Pytam jakiegoś pana o drogę do Saltvik. Mówi, że to już tutaj. - A gdzie kościół? – pytam po angielsku i na wszelki wypadek składam jeszcze ręce, jak do modlitwy, żeby był pewien o co pytam. Uśmiecha się szeroko i mówi, że blisko, około dwóch kilometrów. Jadę pierwsza, jeszcze raz pytam innego przechodnia o drogę do kościoła. Odpowiada, że za chwilę będzie kierunkowskaz. Jest!

Czekam na pozostałą naszą trójkę i skręcamy w lewo. Jesteśmy przed kościołem za pięć jedenasta. Wchodzimy do środka, siadamy w ostatniej ławce. Podchodzi do nas jakaś pani, podaje nam nuty i biblię. Za biblię dziękujemy, Monika wyjaśnia, że nie znamy szwedzkiego. Widzimy też wchodzącego pana Gwardaka, za chwilę rozbrzmiewają organy. Msza robi na nas duże wrażenie. Jest prowadzona według starego obrządku i podobna do mszy, w jakich uczestniczyliśmy w dzieciñstwie, z tą różnicą, że ta prowadzona jest po szwedzku, a nie po łacinie. Organy mają piękne brzmienie, zachwycamy się grą organisty. Pięknie też śpiewają organista i ksiądz. Po mszy przedstawiamy się panu Gwardakowi, dziękując za przeżycie, jakiego nam dostarczył, on zaprasza nas na koncerty w Polsce. Niedługo będzie koncertował w Gdañsku i w Jastrzębiej Górze.

Daję mu nasz wakacyjny kartonik o treści „Na pamiątkę miłego wakacyjnego spotkania lipiec, sierpieñ 2005 r. Maryla i Romuald Wolscy + nasze adresy e-mail, telefon” i wizytówkę www.koloroweru.pl.

Drugie śniadanie jemy na ławce nieopodal kościoła, potem jedziemy na najwyższe wzniesienie Alandów, skąd można podziwiać dużą część archipelagu.

W pewnym momencie musimy zostawić rowery i piąć się ścieżką w górę po zaznaczonych farbą śladach, malowanych na kamieniach. Są też drewniane schody, strome niczym drabina. Monika i Jan zbierają u podnóża góry jagody, Romek też marudzi z wejściem, wchodzę sama po stromych drewnianych schodach, za chwilę dogania mnie Romek. Na wierzchołku tego „szczytu” dokładamy swoje kamyczki do zbudowanych tu kamiennych wieżyczek. Do pokonania mamy jeszcze drewnianą wieżę. Wchodząc na nią pozdrawiam idącego naprzeciw pana, on również nas pozdrawia i pyta, czy bez problemu dotarliśmy do kościoła. To jego pytałam o drogę. Znów miłe spotkanie, jeden raz się widzieliśmy, a już się poznajemy. Życzymy sobie wzajemnie miłych wrażeñ z wycieczki. Z wieży roztacza się oszałamiająco piękny widok. Wspaniała widoczność. Morze ma szafirowy kolor, na nim usiadły szmaragdowe wysepki, gdzieś przesuwa się pędzona wiatrem biała żaglówka, nad nami błękitne niebo z nielicznymi białymi chmurkami. Robimy zdjęcia, jesteśmy zachwyceni urodą tego miejsca. Wyjątkowo pięknie prezentują się stąd wyspy, morze i chmury.

Schodzimy na dół i zjeżdżamy na parking, obok którego, znajdujemy średniowieczną wioskę (rodzaj skansenu, którego nikt nie pilnuje). Zwiedzamy go, a potem wracamy do naszego domku w Djurvik, myląc powrotną drogę. Kłania się brak mapy. Gdy jesteśmy na miejscu, mam na liczniku 102 kilometry, pozostali nieco mniej, bo gdy oni zastanawiali się nad wyborem odpowiedniej drogi, ja robiłam dodatkowe kółeczka, ciesząc się jakością tutejszego asfaltu w czerwonym kolorze. Wieczorem mamy ciąg dalszy Jaśkowej nalewki i kolejną partyjkę w kości.

Poniedziałek, 18 lipca 2005 r. Djurvik – Eccero.

Po porannych obrządkach i porządkach wybieramy się do Eccero, tę wycieczkę poleciła nam Birgitta, wskazując łatwiejszy (skrócony) wyjazd z Djurvik. Chcemy, by był to krótki etap, bo po południu świętujemu naszą 36 rocznicę ślubu (wigilia).

Po śniadaniu oglądaliśmy telewizyjną prognozę pogody. Widzimy, jak dookoła Bałtyku gromadzą się deszczowe chmury, a nad naszymi Allandami błękitne niebo. Dobra nasza!

Dziś poniedziałek, spodziewaliśmy się dużego ruchu na drodze, ale nie jest tak źle. Wciąż piękne, gładkie ścieżki i drogi, wśród lasów z uroczymi morskimi zatoczkami. Zatrzymujemy się nad jedną z nich, by się wykąpać, Jasiu ucina sobie drzemkę. Plaża jest kamienista, ale wejście do wody jest dogodne. Tu, na ławeczce zjadamy też drugie śniadanie, a potem ruszamy w dalszą drogę. Dojeżdżamy do Eccero i do tutejszej bazy promowej, pytamy o centrum miasta. Okazuje się, że tu takie nie istnieje. Muzeum poczty jest już zamknięte.

W sklepie zaopatrujemy się w chleb i wracamy do naszej alandzkiej siedziby. Dzisiejsza wycieczka to całkowity niewypał, poza śliczną plażą, niczego ciekawego nie widzieliśmy. Trochę żal. 70,72; 14.66; 4:49:17; 49; 45592.

Jutro przypada nasza trzydziesta szósta rocznica ślubu, ale będziemy obchodzić ją dzisiaj, bo jutro płyniemy do Finlandii, nie będzie czasu na wypicie kieliszeczka. Po obiedzie robimy przygotowania do naszego święta, a wieczorem częstujemy naszych współtowarzyszy, którzy rewanżują się śpiewami i życzeniami stu lat w zdrowiu, szczęściu, pomyślności. Nasza kolejna rocznica, jest okazja na pogodne wspominki. Cieszymy się, że wciąż jest nam dobrze ze sobą.

Wtorek, 19 lipca 2005 r. Djurvik – Mariehamn – Yarso - Mariehamn

Wycieczka na południe Alandów. Nie spieszymy się z wyjazdem, mamy dużo czasu. Jak zwykle jemy obfite śniadanie, robimy kanapki na cały dzieñ i na prom, potem rozliczamy się z Birgittą. Za noclegi zapłaciliśmy mniej niż się spodziewaliśmy, bo odliczyła nam za pościel, jak zwykle mamy swoją. Wypadło po 13,5 euro od osoby za dzieñ. Sakwy są już dużo lżejsze, ale wciąż czuje się ich ciężar.

Wyjeżdżamy po dziesiątej, żegnając się z naszą miłą gospodynią i wygodnym domeczkiem, w którym spędziliśmy trzy słodko przespane noce.

Znów jest słonecznie i pogodnie, jedziemy ścieżką rowerową do Mariehamn, tam robimy zakupy. Potem wyjeżdżamy na południe od miasta na połączone ze sobą mostami niewielkie, urocze wysepki. Widoki są bajkowe, oddychamy pełną piersią i chłoniemy to, co widzimy dookoła. Ta trasa ma duże powodzenie wśród rowerzystów. Wszyscy oni koñczą swoją wyprawę na pomoście, siadają na jednej z cum i fotografują się na tle morza i nieba. Fotki robimy też i my.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na posiłek. Jest ławka. Monika chce się wykąpać, chociaż nie ma dogodnego zejścia do morza. Schodzi od strony jezdni po śliskich kamieniach, a gdy wraca, szuka na nich swoich pozostawionych gdzieś sandałów. Znalazła.

Szukam dogodnego miejsca na drzemkę. Rozkładam peleryny pod brzozą i na tym posłaniu układam się. Romek idzie za moim przykładem. Byłoby dobrze, gdyby nie komary, które odkryły nasze legowiska i dotkliwie nas pogryzły.

Wracamy do Mariehamn. Idziemy do kościoła na koncert jakiegoś pianisty. Jest spora frekwencja, ale gdy facet zaczyna grać utwory Szopena, domyślamy się, że to raczej mierny muzyk. Nie możemy dotrwać do koñca koncertu.

Jasiu z rowerami został przed kościołem. Teraz relacjonuje nam swoją przygodę. Gdy sięgał do torby po kanapkę, dokonał strasznego odkrycia. Jego żel pod prysznic otworzył się i wylał do sakwy. Gdy my siedzieliśmy w kościele, on musiał się uporać z czyszczeniem sakwy i tego, co się w niej znajdowało… robota nie do pozazdroszczenia.

Jedziemy na bazę promową, gotujemy wodę na herbatę i do termosów, a ponieważ jest jeszcze sporo czasu, gramy w kości. Prom o nazwie „Gabriella” przypływa punktualnie, na górnym pokładzie witają nas pasażerowie, płynący ze Sztokholmu. Mocujemy rowery na pokładzie samochodowym i kierujemy się do kabiny 2001. Gdy do niej wchodzimy, wydaje się, że to kabina dwuosobowa, ale zaraz spostrzegam, że dwa górne łóżka są podwieszone z rozesłaną na nich pościelą.

Kabina jest śliczna, z łazienką i doskonałą wentylacją. Czujemy się jak paniska. Na promie jest dużo pomieszczeñ, którym nie przyglądamy się szczegółowo, ale odkrywamy też miejsce, gdzie ci, co nie mają miejsc w kabinach, mogą się wygodnie przespać. Podobne jest ono do sali wieloosobowej w schroniskach młodzieżowych. Robię notatki z dzisiejszego dnia. Mam na rowerowym liczniku 54 kilometry.

Kąpiemy się, wentylacja jest świetna. W łazience, po kąpieli nie ma śladu pary. Pomieszczenie jest zupełnie suche. Jasiu zrobił pranie, wszystkie ciuchy, które wyprał, do rana będą suche. Zadowoleni idziemy spać, łóżko wygodne, warunki luksusowe. Śpimy jak mopsy.

Środa, 20 lipca 2005 r. Helsinki Porvo.

Jasiu i Romek już wstali i się krzątają. Nie ma jeszcze szóstej. Na śniadanie zjadamy przygotowane wczoraj kanapki. Jesteśmy ciekawi pogody. Idę na dziesiąty pokład, by sprawdzić jak jest na dworze. Spotkani na pokładzie ludzie uśmiechają się, nic dziwnego, pogoda jest słoneczna, chce się żyć.

Trochę wieje, jak zwykle na promie. Schodzę do kabiny z dobrymi wiadomościami. Pakowanie idzie nam sprawnie, poranna toaleta także. Na pokładzie samochodowym nie możemy znaleźć naszych rowerów, bo nikt z nas nie zapamiętał numeru i litery wejścia. Z torbami łazimy między samochodami, w koñcu musimy wycofać się do informacji, ale tu jest kolejka, ludzie wymieniają pieniądze, i pytają wszystkowiedzącego pana o cokolwiek. My pytamy o miejsce, gdzie stoją rowery i to dla niego betka: z uśmiechem odpowiada : pokład 3, wejście A lub B. Schodzimy, rowery stoją jak je pozostawiliśmy.

Prom dobija do brzegu, otwierają się opadające wrota i pierwsi wychodzimy na ląd. Za nami jadą samochody. Odprawa i znowu szukamy drogi wyjazdowej do Porvo. Oglądamy Helsinki! Cieszymy się, że realizujemy nasz skandynawski plan, a Helsinki to nasza ostatnia skandynawska stolica, będziemy ją dokładniej zwiedzać po powrocie z Porvo.

Przed wyjazdem ze stolicy, przejeżdżając obok przystanku autobusowego, słyszymy jakiś przeciągły syk. Sądzę, że to autobus spuścił powietrze z hydraulicznych hamulców, ale za moment dobiega nas dramatyczny głos Jasia: - Mam flaka!

No i teraz następuje to, czego rowerzyści nie lubią najbardziej. Odkrywanie, z jakiego powodu pękła dętka. Jasiu nie może znaleźć przyczyny, nie widać żadnego szkła, drzazgi, kolca, pinezki, a dętka nie trzyma powietrza. Znalazłam małą dziurkę na zewnętrznej części dętki. Teraz Jasiu z Romkiem sprawdzają jeszcze raz stan opony, wreszcie jest powód. Malutkie rozdarcie z zewnętrznego boku opony. Panowie wpadają na pomysł, by pod rozdarcie wsadzić porządną gumową podkładkę. Jasiu sprawnie poradził sobie z tym zadaniem, ale jadąc, wiezie ze sobą niepokój o dalsze losy pękniętego ogumienia. W koñcu nie waży 50 kilogramów.

Jak zawsze są trudności z wyjazdem z dużego miasta. Kilkakrotnie pytamy o drogę, wreszcie spotykamy właściwych ludzi – jest to rowerowe małżeñstwo. Zatrzymują się i dokładnie tłumaczą, jak wyjechać z miasta. Potem spotykamy jeszcze rowerzystę, który zawraca i każe jechać za sobą, wyprowadzając nas na właściwą drogę wyjazdową, potem życzy nam dobrej drogi.

Jadąc, rozglądam się ciekawie i mam powody do radości, bo niektóre miejsca oglądałam wcześniej na różnych fotografiach, dziś oglądam je własnymi oczami.

Jedziemy wzdłuż drogi 170 ścieżką rowerową, która przechodzi to na prawą, to na lewą stronę głównej drogi. Jest prześlicznie, chociaż droga trudna, bo wciąż się albo podnosi, albo opada. Jedziemy szybko z góry, rozpędzając się i nie zmieniając przerzutek, by jak najdalej wjechać na kolejną górkę. Te górki są całkiem spore, jak na naszych Kaszubach. Taki solidny zjazd trzeba odpokutować kolejnym, męczącym podjazdem. Widać, nie oszczędzają w Finlandii rowerzystów, ścieżka przebiega nisko, gdzieś pod autostradą, a potem długi i wyczerpujący podjazd. Drogi drążone w skałach robią niesamowite wrażenie. Pokazują jednocześnie jak wielka jest myśl ludzka, która potrafi zaplanować tak skomplikowane, bezkolizyjne komunikacyjne dzieło i jednocześnie: jak maleñki jest człowiek, ziarenko po prostu wśród tej zawiłości dróg, autostrad i rowerowych ścieżek.

Po drodze nie ma żadnego parkingu, gdzie można byłoby się zatrzymać i zjeść śniadanie. Zatrzymujemy się przy pizzerni, przed którą stoją stoliki. Jestem za bardzo głodna, żeby jechać dalej i chcę tu załatwić wygodny popas. Muszę się postarać, więc wysilam swoją inteligencję J i nią pokrywam braki w moim języku angielskim, próbując dwóm facetom przedstawić o co chodzi, więcej jest przy tym mojej pracy rąk, gestów i uśmiechów, niż angielskich słówek. Wreszcie faceci chyba zostali oczarowani moim urokiem osobistym i siłą przekonywania J, bo pozwalają zjeść nam śniadanie, nawet w środku.

Sadowimy się jednak na zewnątrz. Rozkładamy swoje wiktuały i najadamy się do syta.

Następny punkt programu to szukanie toalety. Byłoby nietaktem korzystanie z toalety w lokalu, w którym uskutecznialiśmy partyzancką wyżerkę, nie dając właścicielom zarobić. Podlewamy krzaczki w lesie.

Znów zjeżdżamy ścieżką rowerową, która wije się pod ruchliwą drogą, pełną samochodów. I tu trwają roboty drogowe i drążenie skał. Zajeżdżamy do sklepu. Ceny nie są szokująco wysokie, chociaż wyższe niż u nas.

Robimy ekspresowe zakupy, ale gdy wychodzimy ze sklepu, zaczyna padać deszcz. Wchodzimy pod zadaszenie i deszcz przeczekujemy; to przelotny deszcz, a miejsce jest odpowiednie. Zagrzmiało, solidnie popadało i… pada nadal. Decydujemy się jechać, bo deszcz jest teraz niewielki. Ubieramy uniformy. Monika nakłada na swoje sakwy worki na śmieci. Jedziemy, wypogadza się, nawet słoñce przyświeca, peleryn nie zdejmujemy, żeby podeschły.

Do Porvo przyjeżdżamy o dziewiętnastej. To piękne niewielkie miasteczko ze śliczną przystanią jachtową i męczącymi podjazdami. W schronisku mamy zarezerwowane noclegi. Schronisko jest piękne. Przestronne, czyściutkie, śliczna kuchnia, bajecznie kolorowa łazienka. Zostawiamy swoje manatki i jedziemy zwiedzić miasto w promieniach zachodzącego słoñca. Katedrę możemy zobaczyć jedynie z zewnątrz, jest zamknięta. Romek robi kilka zdjęć.

Wracamy do schroniska, wstawiamy rowery do piwnicy.

Wieczorem, już po kąpieli, ucinam sobie pogawędkę z panią ze schroniska w języku rosyjskim. Całkiem nieźle się dogadujemy, chociaż ona twierdzi, że nie zna dobrze tego języka. Uczyła się go w szkole niechętnie, bo był to język obowiązkowy, a nie wybrany. Biegle mówi po angielsku. Ja przeciwnie, lepiej mówię po rosyjsku, po francusku też sobie radzę, ale angielskiego uczę się od niedawna i mam z nim trudności. Jeszcze notatki i możemy udać się na spoczynek. Pokój jest duży, przytulny, są w nim wygodne fotele, więc stęsknieni tego mebla, mogą na nim przysiąść i poczytać mapę i zaległą prasę. 60,52 kilometra.

Czwartek 21 lipca 2005 r. Porvo – Helsinki.

Naszym zamiarem był powrót do Helsinek inną drogą, niż tą, którą tu przyjechaliśmy, jednak pani stanowczo nam tego odradza, jako drogę mocno skomplikowaną, a i sami widzimy ile czasu zajmuje nam szukanie drogi, która zdawałoby się jest bardzo prosta i nieźle oznakowana. Zanim wyjedziemy z miasteczka jedziemy zobaczyć jeszcze katedrę, może będzie otwarta? Monika chce też zajść do informacji turystycznej, może dostanie jakąś porządniejszą mapę. Jasiu od wyjazdu z Helsinek wciąż niepokoi się o swoją oponę, bo jest na niej widoczne niewielka szczelina. Pod katedrą zauważa, że w oponie jest mniej powietrza. Wobec tego wymienia łatkę na jeszcze solidniejszą, a i dętkę też trzeba skleić. Zostaję z nim pod katedrą, a Romek z Moniką jadą szukać rowerowego sklepu i informacji turystycznej. Jasiu uporał się z naprawą, puszczam więc sygnał na telefon Moniki, ale nie ma dostępu. Dziwnie tu działają telefony.

Za parę minut wracają Monika i Romek, a właśnie otwarto katedrę, możemy więc podziwiać oryginalne wnętrze.

Jasiu decyduje się na kupno nowej opony, bo ta może się lada moment rozpruć dalej. Ekspedient proponuje oponę za 22 euro, ale proponować to on może swoim rodakom, a nie nam ubogim krewnym… W koñcu znajduje się opona za 12 euro i mimo, że to też nie tanio, Jasiu decyduje się ją kupić.

Jedziemy zatem tą samą drogą, co wczoraj, ale dziś wydaje nam się ona zupełnie odmienna, bo i pogoda jest śliczna. Fotografujemy to, czego nie można było sfotografować wczoraj z powodu deszczu. Humory się poprawiły, pogoda wymarzona.

Tylne koło w rowerze Jasia wypuszcza powietrze. Jasiu z Romkiem zatrzymują się, my mamy jechać dalej, oni nas dogonią, gdy zmienią ogumienie. Panowie doganiają nas przy budowie nowej drogi. Panuje tu duży hałas, jedna maszyna tnie skały, inna układa ogromne głazy w wydrążeniach. Chwilę przyglądamy się pracy maszyn i ludzi, ten ogrom zamierzeñ robi wrażenie.

Bez trudu trafiamy do schroniska młodzieżowego na stadionie olimpijskim w Helsinkach, który powstał na olimpiadę w roku 1952. Przewija tu się dużo ludzi, jedni przyjeżdżają, drudzy wyjeżdżają. My wypełniamy druczki meldunkowe. Pokój nr 20 jest przestronny z dwoma dużymi oknami i pięcioma piętrowymi łóżkami i jednym parterowym. To ostatnie wybrał sobie Jasiu. Jest też dziewięć niewielkich szafek, duży stół i taborety oraz wieszak na wierzchnie ubrania. Nikogo nie ma poza nami, więc na brak miejsca nie narzekamy. W kuchni rwetes i urwanie głowy. Różnokolorowy młodzieżowy tłumek gotuje swoje makaronowe dania. Wciskamy się i my ze swoimi wiktuałami do lodówki i do kuchenek. Po kolacji idziemy z Romkiem i Jasiem na wieczorny spacer, oglądamy stadion i boiska w pogodnym zachodzie słoñca. Na jutro planujemy wjazd na wieżę stadionu, by z góry objąć wzrokiem Helsinki za 2 euro. 61,95 kilometra; 13,06; 4.44.24; 39.0; 45772.

Piątek, 22 lipca 2005 r. Spacerkiem po Helsinkach.

Zaraz po śniadaniu wyruszamy na zwiedzanie stolicy Finlandii. Najpierw jedziemy do kościoła wydrążonego w skale, do którego sączy się światło słonecznego dnia przez szklano-metalowy dach. Wewnątrz, wśród skalistych ścian świątyni, płynie muzyka Chopina. Atmosfera kościoła gdzieś znikła za sprawą dużej ilości ruchliwych ludzi. Najwięcej jest Japoñczyków ze swoimi nieodłącznymi aparatami i kamerami, wszyscy się kręcą, ciekawie rozglądają po wnętrzu, starając się zrobić najatrakcyjniejsze zdjęcia, trzaskają flesze. Przyznajemy, że budowla jest zaiste bardzo oryginalna.

Przed kościołem na wąskich pobliskich uliczkach manewrują liczne autobusy, przywożące i odwożące turystów z całego świata. Na rowerach jesteśmy tylko my.

Dworzec też odmienny od wszystkich innych, widzianych przez nas dotychczas dworców. Zaszłam też do restauracji, można tu zjeść za pięć, sześć euro, nie widzę jednak dañ, na które miałabym wielką ochotę.

Koniecznie musimy odnaleźć bazę promową, z której będziemy odpływać do Tallina. Po drodze wstępujemy do luterañskiej katedry, przed którą stoi pomnik cara Aleksandra II i do cerkwi, zbudowanej przez Aleksandra III. Jest śliczna, zwłaszcza ikonostas. Bazę odnaleźliśmy, chwila odpoczynku i powrót do schroniska.

Zdążyliśmy wstawić rowery do pomieszczenia i rozpadał się deszcz. Może sobie padać, gdy my mamy takie dobre lokum. Gotujemy makaron z sosem, do tego szyneczka z puszki i jako surówka ostatnie pomidory z cebulą. Możemy spokojnie krzątać się po kuchni. W schronisku jest pusto, nikt nie przeszkadza, wszystkie kuchenki do naszej dyspozycji. Obiad zjadamy w przytulnej jadalni.

Po obiedzie bierzemy prysznic i ucinamy sobie poobiednią drzemkę, wciąż pada, lepiej ten deszcz przespać. Po południu rozpogadza się i znów wsiadamy na nasze rowery i jedziemy szukać pomnika Sibeliusa.

Po raz któryś przejeżdżamy koło pomnika, upamiętniającego postać Paavo Nurmiego, jednak wciąż coś stoi na przeszkodzie, aby zrobić zdjęcie, chociaż stoi tak blisko naszego schroniska, wciąż jest tu mnóstwo ludzi; rzeźbił go rzeźbiarz fiñski Aaltonen Väinö (1894-1966), ten sam twórca, którego dziełem jest pomnik Sibeliusa, do którego jedziemy teraz.

Znalezienie pomnika kompozytora: nie sprawia problemu. Rzeźba jest oryginalna, ulokowana na niskich skałach parku, a składa się z połączonych ze sobą metalowych rur, które sprawiają wrażenie unoszących się lekko w powietrzu, niczym muzyka kompozytora, którego głowę rzeźbiarz umieścił nieopodal jego organowego instrumentu na skałach. Dookoła kwiaty i drzewa, jak to w parku. Robimy zdjęcia, ciesząc się, że świeci słoñce, które ubarwia park.

Jedziemy jeszcze dalej, gdzie prowadzą nas rowerowe ścieżki, poprzez zielone miejsca odpoczynku dla mieszkañców Helsinek i turystów. Trafiamy do malowniczego zakątka obok muzeum, do którego prowadzi długi drewniany mostek, a dookoła niego i na nim dokazuje spoufalone z ludźmi wodne ptactwo, wraz z zaprzyjaźnionymi z nim wszędobylskimi gołębiami. Dzikie kaczki, dzikie gęsi, mewy i gołębie krążą koło naszych nóg, domagając się jedzenia, ale nic dla nich nie mamy. Wracając, chcemy wjechać na wieżę obok stadionu, ale pan z obsługi odradza nam. Jest słaba widoczność, proponuje, by przyjść jutro, rano ma być pogodnie. A w schronisku znów obfita kolacja, mamy świeży chleb, podobny do naszego, ale zjadamy go więcej niż zazwyczaj. Ostatni, piąty kawałek chleba zjadam bez szynki, ale „z pomysłem” - z margarysią, ziołowymi przyprawami i solą. 26,56 kilometra; średnia (zwiedzająca) 9,51 w czasie 2:47:33, prędkość max. 33,1; ogółem na moim liczniku jest 45798 kilometrów.

Sobota, 23 lipca 2005 r. Helsinki – Espoo – Helsinki.

Kolejny dzieñ pobytu w Helsinkach przeznaczamy na wycieczkę do Espoo, ale najpierw chcemy zrealizować to, czego nie zrobiliśmy wczoraj z powodu nie najlepszej widoczności. Zaraz po śniadaniu idziemy na wieżę, stojącą obok stadionu, by podziwiać widoki z jej ostatniego piętra. Policzyliśmy balkony, są dwadzieścia dwa, ale wjeżdżamy tylko na jedenaste piętro. Pan, który sprzedaje nam bilety (dwa euro od emeryta) mówi, że to ostatnie piętro. Wygląda na to, że na jedno piętro przypada po dwa balkony, parteru nie liczą. Na wieży jesteśmy sami, jest dobra widoczność, rejestrujemy widoki i zgadujemy drogę dzisiejszego etapu do Espoo, sprawdzamy, czego jeszcze nie widzieliśmy w Helsinkach.

Znów jest słoneczny, pogodny dzieñ. Gdzieś daleko na horyzoncie widać jakieś czarne chmury, ale kto by się nimi przejmował, może się rozpłyną? Podoba nam się ścieżka rowerowa, prowadząca niedaleko morza. Jeździ nią sporo rowerzystów. Widzimy też od samego początku naszej podróży po Finlandii, że jest tu bardzo dużo podejrzanych typków, nieźle już „zaprawionych”. Naiwna sądziłam, że takich widuje się tylko u nas. Pocieszam się, że podobnego zdania byli też Romek i Jasiu. U nas określa się takich panów chyba mianem meneli, czy lumpów. Zbierają się na ławeczkach w parkach i dyskutują nie wiedzieć o czym, nie tylko dlatego, że nie znamy fiñskiego, ale również dlatego, bo bełkoczą niemożliwie i kłócą dość hałaśliwie, albo popijając - milczą.

Wjeżdżamy do Espoo. Jego zabudowa to statycznie ustawione prostopadłościany. Domy – jak szklane pudełka mniejsze i większe ułożone w prostokąty, a dookoła nich - zielone ogrody. Liczne ławeczki, ustawione nad wodą i wśród zieleni, wokół pachną kwiaty, po wodzie pływa wodne ptactwo, które na widok naszego śniadania, natychmiast pojawia się przy naszych ławkach. Są mewy, takie nasze i całkiem inne niż w Polsce, są dzikie kaczki, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki powyłaziły z wody i drepczą wokół nas, dopraszając się poczęstunku. Zlatują też okoliczne gołębie. Nie ma rady, śniadaniem trzeba się podzielić. Dużo sprytu i odwagi wykazuje wróbelek, który podlatuje najbliżej i wypatruje, kto z nas ma dla niego okruszki, a dokarmiamy go wszyscy. Zastanawiam się kto zjadł więcej: ja, czy ptaszki?

Dziś sobota. Musimy zrobić zakupy. Monika wpada na pomysł, by w kantorze kupić estoñskie korony, jutro niedziela i w Tallinie możemy mieć problemy z wymianą pieniędzy, a tu kantor jest pod ręką. Kupujemy tylko po dziesięć koron na pierwsze potrzeby w Estonii. Romek kupił też świeży, pachnący chleb i piwo, Jasiu też. Będziemy mieli na wieczór.

Monika marzy o pływaniu, ja o spaniu. Spać chce mi się wprost nieopisanie. Szukamy odpowiedniego miejsca do kąpieli i koniecznie z ławeczką. Znajdujemy takie w Bredviken, prawie nad samą wodą. Monika idzie się kąpać, ja kładę się spać na trawie, Romek podejmuje się przygotować dla nas obiad. Zasypiam w sekundę, nie wiem co dzieje się dookoła mnie. Budzi mnie Romek i pyta, czy chcę jeść. Pytanie! Jednak Romek każe niezwłocznie ubierać się w strój przeciwdeszczowy, zaraz będzie padać.

Ze smakiem jemy chiñską zupę, a przy kawie zaczynają padać pierwsze, ciężkie krople burzowego deszczu. Musimy przykryć kawę, bo deszcz uzupełnia nam wypity płyn. Piętnaście minut i po ulewie. Gdy wracamy, już świeci słoñce. Na drogowskazie widzę imię naszej córki w wołaczu, nie mogę odmówić sobie przyjemności zrobienia pod nim zdjęcia. Tu w Finlandii nazwy miast podawane są w dwóch językach: fiñskim i szwedzkim. Centrum to po fiñsku keskusta, a po szwedzku, tak jak i po polsku „centrum”. Po fiñsku miejscowość na kierunkowskazie to HANKO, a po szwedzku Hango z kropkami nad „o”.

Żałuję, że nie pojechaliśmy nadmorską ścieżką, mówiła o niej napotkana Finka. Przyjeżdżamy do schroniska i znów pada deszcz. Teraz zachmurzyło się na dobre. Nie ma mowy o popołudniowych rozjazdach. Dobrze, że udało nam się rano wjechać na wieżę i podziwiać helsiñskie widoki.

Po dokoñczonym w schronisku obiedzie i drzemce, wcale nie mamy ochoty ruszać się ze schroniska, leje, jest ponuro i posępnie. Bierzemy po piwku i gramy w kości. Kilometraż 32,48 kilometra, 11,29; 2:52:34; 37,2; 45830. Noc niespokojna, śnią mi się jakieś koszmary. Nie lubię takich snów, wprowadzają jakiś dziwny niepokój.

Niedziela, 24 lipca 2005 r. Helsinki – Tallin.

Po niespokojnej i trudnej nocy budzi mnie Romek na śniadanie. Pada deszcz, wieje silny wiatr. Opuszcza mnie dotychczasowy optymizm odnośnie pogody, ale się nie wypowiadam, by nikomu nie psuć humoru. Oni sami widzą, co się dzieje.

Pakujemy się w milczeniu, sprzątamy pokój i przed jedenastą opuszczamy schronisko, kierując się do bazy promowej. Jedziemy spacerkiem przy brzegu morza. Mamy jeszcze sporo czasu do odpłynięcia promu, zapuszczamy się jeszcze dalej za bazę, by pożegnać się z Helsinkami. Deszczem straszy, ale nie pada. Na prom wjeżdżamy jako pierwsi.

Prom ROSELLA linii Viking Line jest nieduży, ale wygodny. Ludzie szybko rzucają się w poszukiwaniu wygodnych miejsc. Zajmujemy z Jasiem i Romkiem miejsca na dziobie w barze, ale Monice miejsce się nie podoba. Mówi, że znalazła coś bardziej odpowiedniego i tam się przesiadamy. Jemy śniadanie i gramy w kości. Tym razem ja wygrywam po raz pierwszy i to ze znaczną przewagą. Znowu chcą się przesiadać, ja zostaję i uzupełniam dziennik.

Po pewnym czasie przysiadają się jacyś pañstwo i zachowują się cichutko, nie chcąc mi pewnie przeszkadzać. Mimo wszystko krępuje mnie to, ale nie mam wyboru, piszę, odtwarzając wydarzenia poprzednich dni. Wcześniej jakoś nie było czasu, by spokojnie usiąść i pisać. Pani przy stoliku słodko zasnęła. Przez głośnik podają jakiś komunikat, którego treści nie rozumiem, ale wydaje się, że niedługo powinniśmy przybić do brzegu. Idę na poszukiwania Romka. Chodzę tu i tam, w koñcu znajduję.

Przybijamy do brzegu, bezbłędnie trafiamy na pokład, na którym są nasze rowery. Ładnie stoją, mimo że trochę kiwało, były dobrze przypięte.

Wyjeżdżamy po kilku samochodach i bierzemy namiar na ulicę Tihasu, gdzie mamy zarezerwowane noclegi. Jasiu jest zachwycony, że nareszcie widzi coś swojskiego, co jeszcze nie tak dawno było (i bywa nadal) widoczne i na naszych ulicach. Odrapane tynki domów, dziury w jezdniach, nierówności, brak podjazdów na krawężnikach, a krawężniki wysoooooookie! To są peryferie Tallina. Socjalizm jeszcze całkowicie się nie wycofał, zachowały się jego relikwie.

Trafiamy bezbłędnie według planu miasta, który Monika dostała na promie. Gospodarze prowadzą nas do pokoiku na piętrze, do którego wchodzi się po drewnianych schodach bezpośrednio z podwórka. Najpierw za gospodarzami wchodzi Monika, potem Romek i ja. Jasiu się jeszcze rozpakowuje.

Gdy jestem na schodach, Jasiu krzyczy. Odwracam się, widzę dużego psa, który chce Jasia zaatakować, a ten osłania się przed nim torbą. Wołam na gospodarzy, ale oni lekceważą sprawę, machają ręką – To łagodny pies – uspokaja Jasia młody chłopak. – Jasiu krzyczy nadal – Ugryzł mnie! – I wciąż zasłania się torbą. – Niemożliwe! – dziwią się gospodarze, ale już się zainteresowali, odganiają psa.

Jasiu wchodzi na schody, boimy się, czy z nich nie spadnie, jest blady i wystraszony. Pierwszy raz w życiu zaatakował go pies. Pies jest szczepiony, to najważniejsze. Kobieta odkaża ranę, jest zszokowana, zapewnia nas, że pies nigdy nikogo nie zaatakował. Rana krwawi, obawiam się, czy przy okazji Romek nie zemdleje z wrażenia, jest bardziej blady niż w tej chwili Jasiu. Gospodarze pytają, czy Janek chce jechać do szpitala, proponują, że mogą go zawieźć. Ten się wzbrania, nie chce jechać, poczeka do rana. Pierze spodnie, skarpetki, i zaplamione krwią buty. Niedobrze zaczął nam się ten Tallin. Z pokoju, który nam teraz dają, będziemy musieli się jutro rano przenieść do innego. Jemy obiad. Jasiu zupę chiñską, my kanapki.

Po ochłonięciu po niedawnych przeżyciach jedziemy na dworzec, żeby zorientować się, jakie są połączenia z Paldiskami i z Vosu. Odległości są zbyt duże, by przemieszczać się tylko na rowerach. Robimy małe zakupy i wracamy do domu. Jasiu zapewnia nas, że z nogą wszystko jest w porządku, ale i tak coś mocno nas gniecie.62 kilometry.

Poniedziałek, 25 lipca 2005 r. Spacerkiem po Tallinie.

Wczoraj poznaliśmy tylko peryferie Tallina, które wcale nam się nie podobają – postkomuna jest widoczna. Jedziemy na stare miasto. Jakaż odmiana i zaskoczenie. Jesteśmy zachwyceni. Wiedzieliśmy, że Tallin to piękne miasto, że zabytek klasy zero, ale nie mieliśmy pojęcia, że jest aż tak piękny. Jesteśmy dosłownie olśnieni! Zaglądamy w każdy zaułek, zachwycamy się wszystkim, co widzimy. Z każdego kątka wyziera historia. Chłoniemy wszystko, co oglądamy i pokazujemy sobie nawzajem jakieś architektoniczne detale, kamieniczki, lufciki.

W informacji turystycznej dowiadujemy się o okręgu Vosu, gdzie się wybieramy. Dostajemy wykaz kwater i pensjonatów.

Na obiad wracamy na kwaterę. Po drodze zatrzymują nas jacyś ludzie. Pokazują na nasze flagi i pytają czy jesteśmy z Polski, a gdy potwierdzamy, cieszą się i mówią po polsku: „Jeszcze Polska nie zginęła”, wymieniamy uśmiechy. Nauczyli się słów naszego hymnu w wojsku, gdzie spotkali się z Polakami.

Na ulicy Tihasu zmienili nam pokój, warunki dużo gorsze. Kuchnia byle jaka, jadalnia też. Przewija się tu dużo ludzi, nie wiadomo: siedzieć, czy ustępować miejsca? W jadalni jest też komputer, siadają do niego chętni internauci, głupio, gdy ktoś siedzi za naszymi plecami. Po obiedzie jeszcze raz jedziemy na stare miasto, by niczego nie uronić. Jedziemy tym razem trolejbusem. Kupiliśmy bilety ze zniżką dla emerytów.

Tallin wydaje się być jeszcze piękniejszy, bo i pogoda się poprawiła. Niebo wybłękitniało, świeci słoñce. Obchodzimy uliczki, zaułki, podwórka i podwóreczka, oglądamy cerkiew, kościoły, galerie, sklepy pamiątkarskie. Po trzygodzinnym spacerze jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Pod gotyckim ratuszem spotykamy grupę turystów, która jedzie na rowerach z Narvy. Do Narvy podwiózł ich samochodem brat jednego z uczestników, zamierzają przejechać Estonię, Łotwę i Litwę. Trochę rozmawiamy, wymieniając się wiadomościami, gdzie jeszcze warto pojechać, co zobaczyć. Obiecują przysłać zdjęcia wodospadów, których nie mieliśmy okazji oglądać sami. Oni byli tymi wodospadami rozczarowani, ponieważ obecna susza pozbawiła je wody i wodospad z góry spływa wąską stróżką, a nie obfitą kaskadą, a takie obrazki widzieliśmy, czytając o Estonii. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie, wymieniamy się adresami e-mail.

Wracając do domu, ledwo powłóczymy nogami, ale języki nas nie bolą, rozmawiać możemy. Do naszej rozmowy dołącza się jakiś mężczyzna. Mówi, że jest Ukraiñcem, pochodzi ze Lwowa, rozmawia z nami po polsku. Jest bardzo wzruszony, że nas spotkał. Cieszy się, że nauczył się języka polskiego od ludzi, mieszkających we Lwowie i nauczył polskiego także swojego syna, który już jako dorosły chłopak pojechał do Irlandii. Spotkał tam grupę młodych Polaków i z nimi pracuje, zaprzyjaźnił się z nimi i w listach dziękuje ojcu, że znajomości języka polskiego zawdzięcza najlepszych przyjaciół. Robimy wspólne zdjęcie i żegnamy serdecznie.

Po kolacji usiadłam w ogrodzie. Dosiadła się para ludzi, mieszkających w namiocie, stojącym opodal. Ona jest Francuską, on Austriakiem. Też są zachwyceni Tallinem. Będą wracali przez Litwę, Łotwę, Polskę i Czechy do Austrii. Polecam im zwiedzenie nie tylko Warszawy, co mieli w planach, ale także Kazimierza nad Wisłą, Krakowa, Sandomierza i Zamościa. Czekają na naprawę samochodu, który tutaj oddali do naprawy. Jeśli samochód będzie sprawny, to wszystkie miejsca odwiedzą – obiecują. 28 kilometry.

Wtorek, 26 lipca 2005 r. Okolice Tallina.

Wybieramy się do Paldisek, jedziemy na dworzec; przy dworcu jest rynek, planujemy zakupy. Chodząc po rynku jesteśmy zdumieni, bo na naszych bazarach chyba nigdzie i nigdy nie było takiej nędzy, nawet za czasów głębokiej komuny. Pomidory droższe, niż w Finlandii i w zupełnie kiepskiej kondycji (u nas się kiedyś mówiło „pomidory na zupę”, z których i tak nikt zupy nie gotował bo ich nie kupował), włoszczyzna zwiędła, sałata w takim stanie, w jakim nasze straganiarki wyrzucają dzieñ wcześniej, kalafiory w czarnym kolorze, wszystkim tym straganom towarzyszy nieprzyjemny zapach zgnilizny. Mieliśmy nadzieję, że kupimy tu pomidory i chleb. Chleb kupiliśmy, ale nie zauważamy żadnej różnicy między chlebem z rynku i z marketu.

Okazuje się, że pociąg do Paldisek ma być dopiero koło jedenastej, musielibyśmy czekać ponad godzinę. Monika proponuje, by jechać odwrotnie, najpierw rowerem do celu, a wracać pociągiem. Pomysł akceptujemy, bo i pogoda zapowiada się piękna, szkoda byłoby tracić takie chwile na nerwowe wyczekiwanie pociągu.

Jedziemy ścieżką rowerową z prawdziwego zdarzenia, tego akurat możemy Estoñczykom pozazdrościć. Jest równa, dobrej jakości, dobrze oznakowana, widać, że niedawno położona.

Zostaję przy rowerach, gdy pozostali idą do sklepu po przeciwnej stronie ulicy, chcąc zasięgnąć języka, bo coś nam się nie zgadza z tą trasą do Paldisek. A ja mam za chwilę trzech panów chętnych do rozmowy, do wszczęcia której zachęciły ich flagi przy naszych rowerach. Jeden z nich też zna pierwsze słowa naszego hymnu i znów słyszę „Jeszcze Polska nie zginęła”. Pytają o to, o co zwykli pytać nas ludzie: skąd jesteśmy, skąd jedziemy, gdzie już byliśmy, dokąd zmierzamy. Bardzo się dziwią, że zrobiliśmy taką trasę, podziwiają, poklepują mnie po ramieniu: MOŁODIEC! Fajnie się z nimi rozmawiało, ale oni muszą wracać do pracy.

Po drugiej stronie ulicy widzę kobietę, sprzedającą pomidory. Chyba są ładne. Wysyłam tam Romka, wraca zły, nie kupił. Ich cena jest wyższa, niż w Finlandii. Tam płaciliśmy 99 eurocentów, tu chcą półtora euro. Moi towarzysze w sklepie dowiedzieli się, że nie ma sensu jechać do Paldisek, jest do nich więcej kilometrów, niż nam się wcześniej wydawało. Nie dojedziemy, by zdążyć na pociąg powrotny do Tallina, nie mówiąc już o zwiedzeniu miasteczka. Musimy sobie darować Paldiski, szkoda.

Jedziemy nad morze, Monika koniecznie musi się wykąpać. Znajdujemy piękne miejsce przy basenie jachtowym. Jest stół, ławeczka i przy domku kran z wodą. Robimy tu dłuższy postój, miejsce jest wyjątkowo piękne. Jemy kanapki, zaparzamy herbatę, Jasiu je zupę chiñską, pije kawę. Monika jogurt i nektarynkę. Leniuchujemy totalnie! Widać nie były nam pisane te „Pudliszki”, tylko solidny wypoczynek.

Wracając do Tallina, zauważamy tłumek turystów, wysypujący się z autokarów. Zachodzimy i my, by sprawdzić, jakie tam oferują atrakcje. Jest to estoñski skansen, a dziś wstęp wolny. Na dodatek na teren skansenu możemy wjechać rowerami. Dobra nasza! Tutaj spotykamy dwoje Polaków, którzy przyjechali do Tallina do swoich przyjaciół (rozpoznali nas po flagach i zagadali). Przyjaciele zafundowali im dzisiejszy pobyt w skansenie. Drugi raz spotykamy ich pod karczmą, gdzie Estoñczycy serwują jakieś dania, których nazw nie sposób zrozumieć. Polacy mówią nam, co która nazwa oznacza, ale nie decydujemy się na konsumpcję. Wolelibyśmy jakieś regionalne kluchy, które ponoć są tutejszą specjalnością, a dziś w jadłospisie są wyłącznie dania mięsne.

Zwiedzamy skansen z pozycji siodełka rowerowego, wchodzimy tylko do niektórych domów. Troszkę pada, więc chowamy się pod wiatą, za chwilę jest już po deszczu. Widzimy huśtawkę na cztery osoby, chce nam się poszaleć, więc szalejemy w trójkę niczym dzieci, a Monika próbuje nas sfotografować. Potem robimy kawę i znów leniuchujemy.

Gdy wracamy, rozglądamy się po mieście, które obudziło w nas tyle wzruszeñ i zachwytów. Na kwaterę wracamy wieczorem, próbując się maksymalnie spakować, jutro jedziemy do Vosu, gdzie zarezerwowaliśmy noclegi na trzy kolejne noce. W internecie sprawdzam pocztę i piszę kilka listów: do Hani, do Hałasów i do Tary. Romek z Moniką sprawdzają prognozę, która dobrze wróży na przyszłe dni, które mają być pogodne. Znów podobna sytuacja na mapie pogody, jak na Alandach. Wszędzie ma padać, a wybrzeże Estonii ma być bardzo pogodne. W naszych sercach też jest pogodnie tym bardziej, że noga Jasia goi się, chociaż trochę jeszcze odczuwa ból. 45,81.

Środa, 27 lipca 2005 r. Tallin – Kadrina - Vosu.

Mieliśmy w planie dojechać pociągiem do Rakvere, ale po wnikliwym przebadaniu mapy, można było ten plan nieco zmodyfikować. Jedziemy zatem pociągiem w kierunku Narvy. Załadunek rowerów odbył się zupełnie spokojnie.

Wagony takie same jak u nas kolejki podmiejskie. Zajmujemy miejsca. Oglądamy widoki za oknem.

Wysiadamy w miejscowości Kadrina. Na ścieżce przecinającej tory, zatrzymuję jakiegoś rowerzystę i po rosyjsku pytam go o drogę do Vosu. Facet podnosi z ziemi patyk i na ścieżce rysuje nam plan przejazdu. Narysował tę drogę tak dokładnie, że nie musimy o nic pytać, wszystko się zgadza. Nawierzchnia drogi jest asfaltowa, pokryta drobniutkimi kamyczkami, bardzo ciężko się po niej jedzie. Nadaje się bardziej dla samochodów, niż dla rowerów. Mija nas mało pojazdów, ludzi prawie nie widać. Uprawy skąpe, dużo ziemi leży odłogiem. Romek zwraca nam uwagę na dziwny zapach, który on pierwszy zaczął wyczuwać. Nie możemy określić, co tak dziwnie pachnie. Może to coś dawno spalonego? Podejrzewamy, że mogą tak pachnieć bagna, które są w tej okolicy. Droga dłuży nam się. Ta nawierzchnia drogi jest denerwująca, bo wkładamy zbyt dużo wysiłku w pedałowanie. Rower ma duże opory, już wydaje się, że powinniśmy skręcać w lewo, a nie widać żadnej drogi bocznej, zaczyna nas to niepokoić.

Może pomyliliśmy drogę? Może należało skręcić wcześniej? Wyprzedza nas jakiś samochód, zatrzymuje się około kilometra przed nami. Ktoś z niego wysiada, samochód odjeżdża. Jadę, by dogonić tę osobę, która wysiadła i zapytać, czy dobrze jedziemy w kierunku Vosu. To kobieta; skręciła w polną drogę, ogląda się, widzi mnie, macham do niej, ona macha do mnie. Daję jej znaki, by się zatrzymała. Podjeżdżam i pytam o drogę do Vosu, ale kobieta mnie nie rozumie. Za przykładem faceta, który jakiś czas temu wyrysował nam mapę na piasku, teraz ja piszę nazwę miejscowości, do której jedziemy: V O S U. Kobieta już wie: W E Z U poprawia moją wymowę, stawiając akcent na ostatniej literze i wyjaśnia, że zaraz będzie zakręt w lewo. Dziękuję i wracam na drogę. Mapa wyrysowana przez rowerzystę w Kadrinie, okazuje się bezbłędna. Teraz bez trudu trafiamy do miasteczka. Szukamy miejsca, gdzie mamy zamówiony nocleg. Znajdujemy jakiś pensjonat, ale nie ma gospodyni, jedna z turystek dzwoni do niej, pytając czy spodziewa się gości. Nie spodziewa się, a więc to nie tu. Znajdujemy nasz pensjonat na uboczu miasteczka w lesie. Też ładnie.

Dzwonimy, drzwi otwiera nam lalka Barbie w różowym uniformie, zaprasza do środka. Śliczna dziewczyna, patrzymy na nią z zachwytem. Załatwiamy formalności, dostajemy pokój czteroosobowy, łazienka jest naprzeciw, kuchnia trochę dalej. Obok kuchni jadalnia, gdzie Barbie wieczorem rozpaliła ogieñ i ulokowawszy się wygodnie w fotelu przegląda żurnale przy kominku.

Kilkunastoletnie dziewczynki grają w karty, śmiejąc się głośno, a my po kolacji gramy w kości. Jasiu przeznaczył dla wygranych ostatnie cukierki, nie chce ich już z sobą wozić. Pierwsza nagroda cztery cukierki, druga trzy, trzecia dwa, a przegrany ma otrzymać nagrodę pocieszenia – jeden cukierek. Jasiu po raz pierwszy wygrywa! Będzie wiózł dalej swoje miętówki! 46.34 kilometry.

Czwartek, 28 lipca 2005 r. Vosu – Lahe – Laane Viru – Vosu.

Jak zwykle Jasiu i Romek pierwsi na nogach. Mój kochany zaprasza mnie na śniadanie. Wszyscy inni w schronisku jeszcze śpią. Robimy porządki, umyłam naczynia i po kawie możemy wyjeżdżać. Siedząc przed domkiem, zauważyłam, że przez pobliski mostek przejeżdża sporo miejscowych. Domyślam się, że to jakiś skrót. Trzeba to zbadać.

Gdy wszyscy jesteśmy na starcie, ruszamy, by nie marnować czasu. Dzieñ zapowiada się ciepły i słoneczny. W zamiarze mamy zajechanie na wszystkie pobliskie półwyspy i objazd plaż, które możemy zobaczyć ze ścieżki rowerowej. Monika nie przepuści też okazji, by się wykąpać, Romek pewnie też.

Wszystkie miejscowe drogi są takiej samej jakości jak ta, którą przyjechaliśmy wczoraj do Vosu. Są szorstkie, trudno się po nich jeździ. Wjeżdżamy w las, przez który rowerowa ścieżka zaprowadzić ma nas nad morze. Jest to droga licznie odwiedzana przez turystów. Dojeżdżamy do plaży, na której leżą ogromne głazy. Romek oczywiście stara się wejść na największy z nich, ale wszystkie próby koñczą się fiaskiem, potrzebne byłyby liny. Siadamy na ławach wokół miejsca na ognisko, by zjeść drugie śniadanie. Przyłączają się do nas dwie Niemki, które przyszły tu piechotą z pobliskiej wioski. Nawiązują z nami rozmowę, do której pretekstem były znów nasze flagi przy rowerach. Są zdumione, że przewędrowaliśmy tak daleko, one zwiedzają Litwę, Łotwę i Estonię samochodem.

Kierujemy się na kolejny półwysep morskiego wybrzeża. Droga wiedzie przez las za plażą. Półwysep widzimy z daleka, ale nie możemy tam podjechać, bo trafiamy na nieprzejezdne bagna. Musimy trochę odbić w lewo i okrążyć mokradła.

I tu plaża jest równie atrakcyjna, jak poprzednia. Tu także leżą wielkie głazy, na jeden z nich z trudem wdrapuje się Romek. Chce z niego potem zeskoczyć, ale proszę go, by tego nie robił, bo od strony brzegu leżą w wodzie kamienie, z pewnością są śliskie, łatwo o nieszczęście. Wymyślił, że przeskoczy na sąsiedni głaz, który stoi w odległości ponad metra od tego, na którym stoi teraz. Widząc jego przymiarki, Jasiu szybko się wycofał, tylko ja, jako wierna żona stałam, patrząc na poczynania mojego nierozsądnego męża z aparatem w ręku i duszą na ramieniu. Romek mnie instruował, jak zrobić zdjęcie w ruchu (jakbym tego sama nie wiedziała), a jeśli mi się to nie uda, to straszył mnie kolejnymi skokami. Odetchnęłam z ulgą, gdy jemu udał się skok, miał satysfakcję, że przeskoczył, a ja mam najbardziej udane zdjęcie tych wakacji.

Znów zawracamy do lasu, wreszcie się w nim zgubiliśmy. Zazwyczaj nie wtrącam się do mapy i prowadzenia według niej, ale po cichu mam wątpliwości, którymi za chwilę dzielę się z Jasiem, że już któryś raz z kolei skręcamy w lewo, to się musi skoñczyć tym, że będziemy kręcić się w kółko. Na nasze szczęście trafiamy na parę rowerzystów z Włoch. Mają dokładną mapę i naprawiają nasze zagmatwanie. Kierują nas na właściwą drogę.

Po drodze dopada nas deszcz. Jasiu i Monika chowają się pod drzewami, my jedziemy dalej szukać jakiegoś schronienia, znajdujemy je na przystanku, gdzie schroniły się też trzy kobiety. One czekają na autobus, my czekamy na resztę naszej ekipy. Rozmawiamy z kobietami po rosyjsku. Były na jagodach. To Białorusinki, które mieszkają w Estonii. Przyjechały tu z rodzinami kilka lat temu, szukać lepszego losu. Wiedzie im się lepiej niż we własnej ojczyźnie, przynajmniej nie są głodne. Dorabiają do skromnych pensji w różny sposób, latem możliwości jest więcej, dlatego wybrały się na jagody, które jeszcze dziś będą sprzedawać.

Przyjeżdża Monika z Jasiem, są przemoczeni, a my zdążyliśmy wyschnąć pod daszkiem przystanku. Deszcz już nie pada. Żegnamy się z kobietami, życząc im powodzenia.

Wracamy do Vosu, zjadamy obiad i po kawie ruszamy jeszcze raz, tym razem do Palmse, gdzie zwiedzamy zamek i przyległy do niego park. W sklepie regionalnym kupujemy drobiazgi z drewna. Wybrałam tylko podkładkę pod garnek, wykonaną z gałązek fikuśnie ze sobą posklejanych, Jasiu kupił nożyk do masła, solniczkę w kształcie tłuczka i taką samą podkładkę, jaką kupiłam ja. Wracamy do Vosu. 62.80 kilometry. Po drodze mój licznik nabił w całkowitym dystansie czterdzieści sześć tysięcy kilometrów. W schronisku rozmawiamy ze Słoweñcami, bardzo przyjemni młodzi ludzie. Oni też mają porządne, dokładne mapy, nie to, co my. Doradzają gdzie jeszcze mamy się wybrać. Polecają wioskę rybacką na wschód od Vosu. Mamy więc na jutro sprecyzowane plany.

Ci Słoweñcy zostawili w lodówce ugotowany obiad, zrobili go za dużo, proponują, aby zjeść, bo nie zdołają go zabrać ze sobą. My na jutro obiad mamy, ale Jasiu chyba nie.

Monika prosi Barbie, która dziś ubrała nowe, różowe szatki, by zamówiła nam nocleg z soboty na niedzielę gdzieś w połowie drogi z Vosu do Tallina. Zamówiła. Nie musimy się martwić o poszukiwanie noclegu podczas jazdy.

Po kąpieli i kolacji partyjka kości (wygrana przez Jasia) i do spania. Kanapy są takie wygodne w tym pensjonacie. Szybko zapadam w głęboki sen.

Piątek, 29 lipca 2005 r. Vosu – Altja – Vergi – Pedassare – Vosu. Bardzo luzacko przystępujemy do kolejnego dnia pobytu w Estonii. Jasiu wychodzi pierwszy przed dom, mówi, że go nosi, będzie czekał przed naszym pensjonatem „Sini kolor”.

Kierujemy się do wioski rybackiej Altja. Jest to rodzaj skansenu z chatami krytymi słomą. Obchodzimy wszystkie chaty, ale do żadnej z nich nie można wejść, są zamknięte. Idziemy na plażę. Znów wielkie głazy i śliczne widoki na dwa półwyspy, okalające zatoczkę z dwóch stron. W zamieszkałej części wioski zachodzimy do kaplicy, w której zorganizowano bardzo pomysłową wystawę fotografii ludzi, wywodzących się z tej wioski, a których losy rozrzuciły po świecie; na tę wystawę przesłali oni swoje aktualne zdjęcie portretowe oraz stare i obecne fotografie rodzinne. Pod zdjęciami opisy, gdzie teraz mieszkają i co obecnie robią. Wszyscy urodzili się i wychowali w Altja. Bardzo ciekawy pomysł, podoba mi się. Kierujemy się teraz na północny zachód - do Vergi, a potem do Pedassare. Po drodze zaglądamy na tamtejsze plaże. Na jedną z nich wchodzimy przez zawieszony nad rzeczką mostek. Monika i Romek kąpią się. My z Jasiem pilnujemy rowerów, pozostawionych z drugiej strony rzeczki. Zadanie jest utrudnione, bo w pobliżu mostku tną niemiłosiernie gzy. Gdy przysiadłam na chwilę na powalonym pniu drzewa, coś uwiera mnie w tyłek, przesiadam się kawałek dalej, ale znów coś mi się wbija, podnoszę się, sprawdzam ręką, czy coś nie przywarło i oglądam miejsce, na którym przed momentem siedziałam, a w otworze pnia chowa się mrówka, która poczęstowała mnie porcją kwasu mrówkowego! Skąd mogłam wiedzieć, że ten powalony pieñ to mrowisko? Teraz dopiero zauważam bardzo wiele malutkich otworów w pniu drzewa. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego moi towarzysze podróży śmieją się z mojej przygody? Może dlatego, że sami nie usiedli na tym osobliwym mrowisku?

Każdy ze zwiedzanych dziś półwyspów jest podobny do poprzedniego, ale wszystkie są jednakowo piękne. Na plażach są tylko pojedyncze osoby. Zastanawiam się, czy u nas gdzieś jeszcze są takie bezludne plaże, gdy świeci słoñce?

Cieszę się na powrót do schroniska, bo miejsce po ukąszeniu mrówki daje mi się we znaki, gdy siedzę na siodełku. Ciekawe, czy zioła szwedzkie przyniosą jakąś ulgę? Do pensjonatu nazjeżdżało się trochę nowych ludzi, jacyś Holendrzy, Niemiec. Nasza lalka Barbie w różowym kompleciku, którego jeszcze nie widzieliśmy, też ma swoich prywatnych gości, zaczyna się weekend.

Po obiedzie i kawie trochę wypoczywamy, a potem we dwoje jedziemy do sklepu na zakupy i jeszcze na plażę, Romek nabrał ochoty na kolejną morską kąpiel. Słoñce niedługo będzie zachodzić, jest przyjemny ciepły wieczór.

Wracając, odkrywamy skrót do naszego pensjonatu, szkoda, że nie znaliśmy go wcześniej, przydałby się do wyjazdów z tej uroczej miejscowości. Drogę przez mostek też sprawdziliśmy. Prowadzi do głównej drogi miasteczka. Po kolacji pijemy popularny tu napój o nazwie GIN, to rodzaj drinka o różnych smakach, nasz jest pomarañczowy (i paskudnie słodki). To nasza ostatnia noc w Vosu. 74 kilometry.

Sobota, 30 lipca 2005 r. Vosu – Maardu.

Delikatnie rzecz ujmując, noc nie była ani cicha, ani spokojna. Jacyś goście pensjonatowi wylegli wieczorem na podwórko, palili ognisko, jedli, pili, śpiewali i gadali całą noc. Rano zobaczyliśmy dwóch z nich, śpiących na ławkach. Wokół ławek wala się sporo butelek. Cieszymy się, że nie słyszeliśmy żadnych przekleñstw J. Robimy śniadanie i po spakowaniu się wyruszamy. Asfalt nas denerwuje, co on się tak czepia? Niby gładki, a czepia się okropnie. W miejscowości Kolgakula zatrzymujemy się na mały popas. Jest tu piękny park, pałac, hotel i restauracja. Jasiu poszedł się dowiedzieć, czy pozwolą nam pojeść estoñskich klusek. Nic się nie dowiedział, bo klusek nikt nie miał na talerzu, nie było czego kelnerowi pokazać palcem.

Przysiadamy na ławce, nie ma klusek, za to my mamy kanapki, herbatę też. Monika rozmawia z rowerzystami z Niemiec i wyciąga od nich wszystkie potrzebne nam informacje. Niemcy zatrzymują się tutaj na nocleg. Śmieszna sprawa – koñczyć dzieñ jazdy w południe, ale ludzie są chyba dobrze po siedemdziesiątce, to i kondycja nieco mniejsza. Dobrze, że w ogóle jeżdżą i tyle jest na ich twarzach radości, że i nam serca się radują. Odradzają nam skręcanie w kierunku wodospadów, bo nie ma w nich wody i możemy sobie te atrakcje darować, polecają natomiast klif, znajdujący się kilkanaście kilometrów stąd. Dziękujemy naszym rozmówcom i jedziemy dalej.

Żeby dotrzeć do klifu, musimy odbić od szosy w lewo. Brniemy z rowerami przez gęsto porośnięte trawy. Trawa wplątuje się w pedały, nie można jechać. Rowery trzeba prowadzić spory kawałek. Trawy są tak wysokie, że nie widać w nich osoby, która idzie przed nami, gdy ledwo wydeptana ścieżka zakręca.

Wchodzimy na wzniesienie dwójkami. Widok jest faktycznie śliczny. Pod klifem jest intensywnie zielona plama koron drzew, a za nią szmaragdowe morze. Oceniam, że wysokość klifu jest taka, jak wysokość wieżowca, w którym mieszkamy, a może jeszcze większa? Robimy kilka zdjęć i wracamy przez gąszcz traw na drogę.

Po pięćdziesięciu kilometrach jazdy od Vosu, zaczęłam się interesować miejscowością, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Monika wyjmuje kartkę z nazwą: KOLGAKULA i numerem telefonu do hoteliku. Ładne kwiatki, to jest miejscowość, w której półtorej godziny temu spotkaliśmy Niemców! Wiem z całą pewnością, że to była ta miejscowość, gdzie siedzieliśmy w parku na ławce, (bo jej nazwa wydała mi się wtedy zabawna, ponieważ miałam kiedyś ucznia o nazwisku Kolga, pulchnego niczym piłeczka. Widząc nazwę tej miejscowości, pomyślałam sobie, że ksywka Kolgakula bardzo by do niego pasowała, chociaż dzisiaj Piotr to przystojny, smukły młodzieniec). Z tego wynika, że noclegu nie mamy, bośmy go minęli dawno temu, a odległość od niego była i tak zbyt daleka do Tallina, żeby tam zostać, gdybyśmy nawet wiedzieli, że nasza Lala Barbi z Vosu tutaj nam zamówiła nocny odpoczynek. Teraz nie ma co marudzić, tylko mobilizować siły, żeby w najgorszym wypadku dojechać do Tallina i tam szukać noclegu. To jest najczarniejsza wizja (bo noclegi w stolicy są dużo droższe, niż na prowincji), jest dopiero godzina szesnasta, do koñca dnia jeszcze daleko, więc można jechać nawet spacerkiem, a gdybyśmy coś po drodze znaleźli, to tym lepiej, ale załamywać się nie ma czym. Nie jesteśmy na pustkowiu.

Na jednym z mijanych po drodze domów, widzę jakiś napis. Zatrzymuję naszą ekipę i proponuję, by tu zajść zapytać o spanie. Przecież nie na każdym domu w wiosce umieszcza się napisy; może to właśnie dom, gdzie możemy przenocować? Idziemy we dwie z Moniką. Monika zagląda przez okno domku. Widzi zasłane łóżko, mówi, że będzie tu można zanocować. Drzwi drugiego domku otwiera starsza kobieta, ale o rozmowie w języku angielskim nie ma mowy, na szczęście przydaje się mój rosyjski. Kobieta oddałaby nam i pokój i przylegającą do niej saunę, wszystko nam pokazuje, ale myślę realnie. Gdyby w pokoiku, w którym stoi jedno, jedyne łóżko postawić na podłodze same nasze bagaże, to nie będziemy mieli nawet gdzie postawić nogi. Godzina jest za wczesna, żeby kłaść się spać, a co będziemy robić zanim się położymy? Dziękuję pani, wychodzimy na szosę i jedziemy dalej w kierunku stolicy.

Mam ochotę na trochę szaleñstwa, czując nagły przypływ energii. Wyrywam się do przodu, pędzę ile sił w nogach, oddalam się od swoich i śpiewam. Śpiewam ja i moja dusza i asfalt pod kołami mojego roweru i sam rower. Jaki wspaniały jest świat! Po pewnym czasie dogania mnie Romek, on też ma ochotę na większe tempo jazdy, za moment wysuwa się mocno przede mnie, teraz on jest daleko w przedzie, a daleko za mną Monika i Jasiu.

W Joelahtme wyjeżdżamy na ruchliwą drogę. Jezdnia czteropasmowa, dużo samochodów, dobrze, że jest oddzielny pas dla rowerów, niby asfalt dużo lepszy, ale jest taki hałas, że wcale przyjemnie się nie jedzie.

Zauważam, że jadący daleko przede mną Romek zjeżdża na lewo, chociaż wszystkie samochody skręcają na prawy pas jezdni. Widzę go, jadącego wciąż lewą stroną. Gdy dojeżdżam bliżej, widzę, że jest to wyremontowana część drogi, która nie została jeszcze oddana do użytku, skręcam w nią, upewniając się, czy jadący za mną, widzą mój manewr.

To jest dopiero frajda! Jedziemy tak z pięć kilometrów, potem znów zmieniamy pas, jadąc po prawym paśmie starej drogi, przygotowanej do wylania asfaltu. Nawierzchnia jest równa, jedzie się po niej wspaniale. Jadący naprzeciw nas z kierunku Tallina widzą, jak dobrze nam się jedzie zupełnie pustą drogą, pozdrawiają klaksonami, machają rękami, my im się odwzajemniamy, szalejąc z radości, że mamy taką świetną jazdę.

Wszystko co dobre kiedyś się koñczy. Dojeżdżamy do koñca przygotowanego do asfaltowania odcinka i postanawiamy zapytać o nocleg na stacji benzynowej. Facet kieruje nas na boczną drogę, za kolejowym przejazdem, za jakieś dwa kilometry trafimy na motel. Przed zamkniętym przejazdem upewniamy się jeszcze, kierowcy stojącego przed nami samochodu, czy dobrze jedziemy w kierunku motelu. Odpowiada, że nam pokaże drogę do niego. Właśnie przejechał pociąg, podnosi się zapora i jedziemy. Na czoło wysunął się Romek, żeby nie zgubić eskortującego nas samochodu, wreszcie facet wskazuje ręką na hotel po lewej stronie ulicy. Dziękujemy kierowcy BMV gestami wyciągniętych rąk.

Z otrzymaniem noclegu nie ma problemu. Są pokoje dwuosobowe po 135 koron estoñskich od osoby. Pokoiki ładne, przytulne. Pani, która wynajmuje je nam, ma też barek z napojami. Kupujemy cztery zimne piwa. Po kąpieli gramy w kości. Jesteśmy zmęczeni. Po piwku chce się spać jeszcze bardziej, idziemy w kimono. Wkłady do lodówek zaniosłam do „mroziłki”, jedzonko chłodzi się w lodówce, rowery stoją w zamkniętym pomieszczeniu na parterze, a jutro jeszcze raz Tallin i przeprawa promem do Sztokholmu.* 81,37 kilometrów.

Niedziela, 31 lipca 2005 r. Maardu – Tallin.

Romek budzi mnie niezbyt dobrą wiadomością: za oknem mży. Zabieram nasze zapasy z lodówki, pakujemy się. Dzisiejsza trasa do Tallina będzie krótka. Nie spieszymy się z wyjazdem, czasu mamy sporo, na bazie promowej w Tallinie mamy być dopiero o godzinie siedemnastej. Wyjeżdżamy przed jedenastą po obfitym śniadaniu i porannej kawie.

Droga do Tallina jest prosta. Pogoda rowerowa, wiatr minimalny, bez deszczu, słoñce gdzieś za chmurami, ale jest ciepło.

Tuż przed wjazdem do miasta widzimy wielki parking z dużą ilością autokarów, z których wysypuje się masa ludzi. W przewadze są oczywiście Japoñczycy. Wiadomo, że jest tu coś do zwiedzania. Zgadza się - to amfiteatr na wolnym powietrzu, w którym występowały najznakomitsze zespoły, między innymi The Rolling Stones. Na koñcu widowni siedzi kompozytor estoñski, którego nazwiska niestety nie pamiętam. Jest to ogromna rzeźba tak usytuowana, że można usiąść na jego wytarte w tym miejscu spodnie i się sfotografować. Siadam i ja na kolanach tego gościa, a Romek pstryka mi zdjęcie. Zjeżdżamy z górki i kierujemy się w stronę morza. Widzimy smukły pomnik rusałki, wyglądającej jak wyobrażenie anioła, bo ma skrzydła.

Wokół pomnika zawieszone są łañcuchy. Na górę prowadzą schody. Wchodzimy po nich. Intrygują nas kłódki, zawieszone na ogniwach łañcucha. Na niektórych kłódkach są wygrawerowane imiona, nazwiska, serduszka, daty. Są też napisy w rodzaju „niech nasza miłość trwa wiecznie”. Domyślamy się, że te kłódki zawieszają zakochani, albo nowożeñcy. Sympatyczny pomysł.

Jedziemy do sklepu na zakupy, trzeba zaopatrzyć się w prowiant na dziś i kolejne trzy dni, tu taniej niż w Szwecji. Przy rowerach zostaje Jasiu. Gdy wracamy, Jasiu nachyla się do mnie i szepcze do ucha, że „na ławce obok siedzą młodzi Polacy i czy wyobrażacie sobie, że przez cały czas, jak tu siedzą, nie usłyszałem żadnego przekleñstwa…?” Faktycznie zadziwiające, muszę nawiązać z nimi rozmowę i… nawiązuję (gaduła jedna)!

Okazuje się, że byli na zawodach w Finlandii w Espoo. Były to rozgrywki w „Zośkę” „- Czy wiecie pañstwo co to jest Zośka?” Głupio przyznać, ale nie mamy pojęcia. To rodzaj gry małą gąbczastą piłeczką, którą podbija się nogami tak, by ta nie upadła na ziemię. Jeden z chłopców demonstruje swoje umiejętności, a robi to znakomicie, wprawiając nas w niekłamany zachwyt. Nie dziw, że wiozą z tych zawodów sześć medali, jest ich piątka, czterech chłopców i jedna dziewczynka. Rozmawiamy z nimi i zachwycamy się ich entuzjazmem, radością, którą czerpią z gry w tę skomplikowaną zabawę. Wspaniała piątka młodych entuzjastów zośki. Pamiątkowe zdjęcie robi nam z nimi Jasiu.

Chcemy coś zjeść. Idziemy do baru. Oglądamy potrawy. Ba, ale jak je zamówić? Romek jest głodny, chce wołać na pomoc Monikę, bo nie widać nigdzie ziemniaków. Nie widać też surówek. Ze wszystkim bym sobie poradziła, bo widzę skąd pani nakłada frykasy, ale Romek pobiegł szukać odsieczy. Przychodzi Monika i zamawia dla nas dania, wskazując palcem, bo pani nakładająca nie zna angielskiego. Zapłaciliśmy 135 koron i siadamy do stolika. Romek ma pierś indyka z ananasem, ziemniaki i surówkę, ja dwa zrazy, ziemniaki i surówkę. Pan, który siada obok nas, wskazuje na mój talerz i mówi „– Dobry wybór”, na talerzu ma takie samo danie jak ja. Zgadzam się z nim, bardzo dobry wybór.

Gdy wracamy, nasza dzielna piątka młodych fanów zośki posnęła na trawniku – bohaterowie są zmęczeni. Żegnamy się z „dyżurującym” zośkowiczem i jedziemy w ostatni przejazd po Tallinie. To wyjątkowe miasto, z żalem się z nim rozstajemy. Jasiu głośno zastanawia się, czy jeszcze coś równie pięknego kiedyś zobaczy. Wzdychamy!

Musimy się jeszcze przepakować przed promem, żeby wziąć do kabiny tylko po jednej torbie. Odjeżdżamy na bok, przepakowujemy się i jedziemy na bazę promową. Wjeżdżamy na początku, tak jest dla nas najwygodniej, nie ma tylu spalin. Notujemy numer wyjścia i udajemy się do kabiny. Prom Viktoria to nowiutki statek, jest najładniejszy ze wszystkich, którymi do tej pory płynęliśmy. Kabina bardzo obszerna i śliczna, z ogromnym lustrem, które sprawia, że pomieszczenie wydaje się jeszcze większe. Wentylacja znakomita. W kabinie ładnie, jednak idę na pokład, żeby w samotności pożegnać się z Tallinem, ale widok na stare miasto jest tak oszałamiający, że schodzę z powrotem, by wziąć aparat i zrobić ostatnie zdjęcia.

Romek i Jasiu też chcą na górę. Idziemy wszyscy. Czekam aż prom wyjdzie z portu. Schodzę do swoich. Chcą grać w kości. Dobra jest, mogę grać, w koñcu nic pilnego nie mam do roboty. Najwygodniej jest na podłodze, stolik jest za mały. Rozsiadamy się i gramy. Potem idziemy do sklepu, robimy drobne zakupy, korzystając z karty kredytowej, którą przed wyjazdem załatwialiśmy z takim trudem. Kupiliśmy estoñski gin, bo był w miarę tani i poszliśmy na górny pokład oblewać naszą Estonię. Obok nas siedzi liczna grupa ludzi, takich w wieku 30-40 lat. Grają w karty, piją, rozmawiają, a my się głowimy, co to za język? Dolatują nas pojedyncze słowa, które brzmią swojsko, ale nie możemy się zorientować po jakiemu mówią. Na odchodnym pytam skąd są – to Łotysze, płyną do pracy w Szwecji. Życzymy im powodzenia i idziemy spać. Jasiu już po kąpieli, kolej na nas. Monika obchodzi jeszcze prom, kładzie się najpóźniej. 20.07 km.

Poniedziałek, 1 sierpnia 2005 r. Sztokholm.

Zanim przybijamy do Sztokholmu, budzę się w dobrym humorze. Jasiu donosi, że na zewnątrz niebo nieco zachmurzone, ale jest ciepło i nie pada. Wiatr wieje, jak zwykle na promie. Zjadamy śniadanie i po porannym spacerze na górnym pokładzie, przygotowujemy się do zejścia na pokład samochodowy. Tym razem jesteśmy na piętrowym pokładzie, zjazd z promu jest bardzo stromy. Schodzimy ostrożnie drugim zejściem, które znalazł Romek, inaczej musielibyśmy długo czekać, zanim sznur samochodów wyjedzie przed nami. Samochody smrodzą niesamowicie, więc cieszymy się, że nie musimy tak długo przebywać wśród spalin, tym bardziej, że mają dość skomplikowany wyjazd, muszą kolejno zawracać i manewrować, według wskazówek pracowników promu.

Jeszcze ostatnie spojrzenie na olbrzymią Viktorię, odprawa celna i jedziemy do schroniska, do którego drogę dobrze znamy. Meldujemy się, zostawiamy swoje bagaże, biorąc tylko podręczne torby i jedziemy zwiedzać miasto. Jasiu go jeszcze dokładnie nie widział. Nie mamy jednak wielkiego szczęścia, bo pada deszcz. Jasiu decyduje się jednak na objazd, szkoda marnować czasu. Jedziemy razem z nim.

Najpierw pałac królewski, teatr, opera i wszystkie najważniejsze punkty miasta. Żałujemy, że nie może zobaczyć Sztokholmu w słoñcu, jakim oglądaliśmy go za naszym poprzednim pobytem. Lśnią wtedy wszystkie kopuły i kopułki, wieże i wieżyczki, złocenia i dekoracje na dachach i gzymsach wspaniałej architektury szwedzkiej stolicy. Do tego trzeba byłoby dodać jeszcze miliony słonecznych refleksów na wodzie, rozświetlających stojące nad wodą budowle, które rzucają swoje odbicia w rozedrganą wodę, czyniąc ją kolorową i wesołą. Zabrakło nam tych przejazdów tuż nad wodą, gdzie spotkać można oryginalnych mieszkañców stolicy. Właśnie tu, pod jednym z mostów widziałam takich stuprocentowych włóczęgów, jakich zdawać by się mogło zobaczyć można tylko na filmach. Mieli chyba po osiemdziesiąt lat, byli zarośnięci, brudni, ubrani w jakieś ciepłe ciuchy, nakładane jedne na drugie, na wierzchu płaszcze. Wierzchnie płaszcze mieli owiązane sznurkami, paskami, tasiemkami, a było ciepło, wręcz upalnie. Na nogawkach spodni, jakieś gazety, szmaty i takie same kolorowe sznurki, jak na płaszczach. Szli nabrzeżem, palili fajki i o czymś rozmawiali. Śmierdziało od nich już z daleka; widząc nas uśmiechali się życzliwie. Pomachaliśmy im ręką. Ilekroć wspominam Sztokholm, przypominam sobie tę osobliwą parę. Byli dla mnie równie atrakcyjni, jak niegdyś nasz sopocki Parasolnik, z tą różnicą, że nasz Parasolnik był zawsze czysty i pachnący.

Gdy jesteśmy przy muzeum Waza, przestało padać. Gubimy się w międzynarodowym tłumie turystów. Tutaj też najwięcej jest Japoñczyków. Są ciekawi świata i tacy promienni. Robią ogromną ilość zdjęć. Kamery wciąż mają na chodzie. Potem Muzeum Narodowe i na obiadokolację wracamy do schroniska. W kuchni teraz pustki, mamy duże pole manewru. Gotuję kaszę, sos i wrzucam do niego ostatnią szynkę z puszki pokrojoną w kostkę. Obiad jest bez surówki, ale i tak nam smakuje. W internecie sprawdzamy pogodę na jutro – zapowiada się nieźle. Ma padać dopiero wieczorem, ale my wtedy będziemy już na promie. Moje notatki leżą odłogiem, Romek uspokaja mnie, że i tak wszystko pamiętam, w razie czego mi pomoże. Dobra jest, po kąpieli gramy w kości i idziemy spać. Na naszej sali komplet śpiochów. O dziesiątej wszyscy są w łóżkach. Jakie zdyscyplinowane towarzystwo! 22.27 km.

Wtorek, 2 sierpnia 2005 r. Sztokholm – Nynashamn.

Romek jeszcze raz uzgadnia z „szefem” pogodę na dzisiejszy dzieñ. „Panie Boże, tak nam dogadzałeś podczas naszej całej podróży, że jesteśmy Ci bardzo wdzięczni za to, co otrzymaliśmy. Czy można byłoby prosić, aby i ten dzieñ był pogodny, jeśli tylko to jest możliwe?” Przez okno nie wygląda to najlepiej, mimo optymistycznej prognozy pogody, którą sprawdzaliśmy wczoraj w internecie, ale może się przejaśni?

Co to znaczy doświadczenie? Teraz wiemy jakie w tym schronisku panują obyczaje i jesteśmy spokojni, bo kuchnia i jadalnia będą otwarte o godzinie szóstej. Jeśli wyjedziemy o ósmej, to będziemy mieli dość czasu na spokojny dojazd do Nynashamn, by zdążyć na prom. Przed otwarciem kuchni jesteśmy już po zabiegach toaletowo-kosmetycznych, a to co można było spakować już spakowane. Punktualnie o szóstej pan otwiera kuchnię. Przygotowujemy herbatę, termosy na drogę i górę kanapek. Muszą nam wystarczyć do koñca podróży. Jesteśmy gotowi do wyjazdu o ósmej. Trochę to trwa, zanim wyjeżdżamy z metropolii Szwedów.

Zazdrościmy szwedzkim rowerzystom, że wszędzie tam, gdzie na chodnikach odbywają się jakieś roboty, remonty, czy reperacje chodnika, robotnicy wylewają kawałeczek asfaltu, by zrobić podjazd, i ułatwić rowerzystom przejazd. A przede wszystkim inwalidom! Kudy nam do nich!

Ścieżki rowerowe mają to do siebie, że są bardzo wygodne, ale jeśli się ich nie zna, można się nieźle zaplątać, zanim znajdzie się właściwą drogę.

Żeby postawili kierunkowskazy z napisem „Nynashamn”, to wiedzielibyśmy jak jechać, ale nie, tu na kierunkowskazach są nazwy ulic, osiedli, lub miasteczek. Zanim się człowiek zorientuje o co chodzi, to czas płynie nieubłaganie. Monika z Romkiem sprawdzają mapę, a ja swoim zwyczajem, robię dodatkowe okrążenia. Pytani o drogę ludzie udzielają sprzecznych informacji. Jedni pokazują, że mamy jechać w prawo, drudzy, że w lewo. Diabli wiedzą kto ma rację. Więcej się plączemy, niż jedziemy do celu. Dobrze, że wyjechaliśmy z dużym zapasem czasu. Przy następnej zgubce wyjeżdżamy na główną drogę i kichamy na ichnie ścieżki, ale coś, za coś.

Samochody czmychają w obydwu kierunkach, dobrze jeśli jest dodatkowe pasmo pobocza, ale gdy go nie ma, czujemy się jak żaby na autostradzie. Jeśli tylko jest równoległa ścieżka, to z niej korzystamy, a jak nie ma, musimy jechać drogą pełną samochodów.

Przejaśniło się, słoñce znów nam towarzyszy, byłoby pięknie gdyby nie te pędzące wciąż samochody! Niektórzy kierowcy nas pozdrawiają, widząc nasze trzy trzepoczące flagi, zamontowane na lusterkach - to pozdrawiają nas nasi rodacy. Widzę też jadący z przeciwka mikrobus naszej telewizji regionalnej, ale jego pasażerowie nie widzą nas, albo nie zaskoczyli, że macha do nich ich rodaczka.

Zatrzymujemy się przy zamkniętym sklepiku; to pora posiłku Moniki, ale gdy zaczyna padać deszcz, decydujemy się zostawić ją samą i jechać do celu, bo w kierunku, w którym zmierzamy, jest jasne niebo. Poczekamy na nią na bazie promowej. Przyjeżdżamy do Nynashamn bardzo zmęczeni uciążliwością drogi (podjazdy, zjazdy i ta paskudnie ruchliwa trasa).

Zatrzymujemy się przy markecie. Romek chce wydać resztę drobnych, które nam pozostały. Kupił jakieś chipsy.

Gdy przyjeżdżamy na bazę, Monika już na nas czeka. Skręciła w ścieżkę rowerową, dlatego jej nie wypatrzyliśmy obserwując drogę, po której jechaliśmy. Na bazie promowej ogromny ruch, jedziemy do przystani jachtowej, by na ławeczce zjeść cokolwiek. Jemy zupę chiñską, potem kanapki i znów musimy się przepakować, by wziąć ze sobą tylko po jednej torbie do kabiny.

Zagaduje nas pan, który jakiś czas się przy nas kręcił i bacznie obserwował. Mówi po polsku. Był kiedyś w Polsce i nauczył się trochę polskiego. Wymienia sławnych Polaków. Na pierwszym miejscu wymienił Wałęsę. Chwilę rozmawiamy, potem podchodzi do nas pani, a nasz rozmówca przedstawia ją, jako swoją żonę. Miłe są takie spotkania. Na nas już czas, musimy jechać na prom. Monika i Jasiu już pojechali. Żegnamy się z parą miłych Szwedów i już z całą naszą ekipą stawiamy się przy check in. Znowu zachwycamy się, że i tu wszystko gra, jesteśmy w komputerze, jako pasażerowie „Skandynawii”, dostajemy klucze do kabiny, odprawa paszportowa też bez komplikacji i od razu jesteśmy wpuszczeni na prom. Przypinamy rowery i jak najszybciej zmykamy z pokładu samochodowego, kierując się do kabiny. Zostawiamy w niej bagaże i idziemy na zakupy. Musi być piwo, bo zasłużyliśmy na nie! Może nie?

Kupujemy też nasz ulubiony gatunek rozpuszczalnej kawy, która tu jest tañsza, niż w naszych sklepach. Przy piwie omawiamy naszą zbliżającą się ku koñcowi podróż. Zrealizowaliśmy wszystko co zaplanowaliśmy, oprócz tych nieszczęsnych Paldisek – „Pudliszek” jak je nazwał Janek. Wakacje kosztowały nas dużo taniej, niż kalkulowaliśmy. Wyszło po dwa tysiące czterysta złotych na głowę. Ze sprzętem też nie mieliśmy żadnych problemów, jeśli nie liczyć wymiany opony i trzykrotnej wymiany dętki w rowerze Jasia. Pogoda nam sprzyjała, humory dopisywały. Cieszymy się, że Jasiu jest taki zadowolony. Pisałby się na kolejne wyprawy z nami. Mam na liczniku 79 kilometrów.

Środa, 3 sierpnia 2005 r. Gdañsk – Gdynia.

Po śniadaniu i toaletowych obrządkach idziemy na spacer po górnym pokładzie. Pogoda nadal sprzyja, niebawem widać już Hel. Hania wczoraj przysłała sms-a z informacją, że Darkowie proponowali jej wspólny wyjazd do Gdañska, by nas przywitać, ale ona przyjechać nie może, bo pracuje. Będziemy mieli zatem komitet powitalny! Gdy prom manewruje, widzimy Darka wśród sporej ilości witających. Darek nas nie widzi. Dzwonię do niego z komórki, widzimy, jak gorączkowo szuka swojej. Podaję mu namiary, w którym okienku może nas zobaczyć. Zobaczył, oddaję telefon Romkowi. Długo nie rozmawiają, za chwilę przybijemy do brzegu i zejdziemy na ląd. Przy odprawie paszportowej pan pyta nas jak było na wyprawie. Było wspaniale! Wręczam mu przedostatnią naszą wakacyjną wizytówkę.

Iwona z daleka robi nam zdjęcie. W komitecie powitalnym jest jeszcze Małgosia i Kubuś. Małgosia wręcza nam kwiatki na powitanie. Cieszymy się, że przyjechali całą rodzinką. Odjeżdżamy na bok, by nie tarasować drogi, wyjeżdżającym z promu pojazdom.

Monice i Jasiowi mówimy, że ich dogonimy. Rozmawiamy z Darkami, oni zabierają nasze bagaże, będziemy jechać na pustych rowerach jak paniska. Odbierzemy je od nich jeszcze dzisiaj, a jutro zapraszamy ich do siebie na relacje z podróży i oglądanie zdjęć. Ruszamy ścieżką nadmorską. Jasia doganiamy dopiero w Sopocie, Monika skręciła do swojej mamy i nie czekała na nas.

Na molo chwilę odpoczywamy i jedziemy dalej przez Kamienny Potok. W Orłowie skręcamy na Wzgórze Świętego Maksymiliana, skąd przez Węzeł Franciszki Cegielskiej wjeżdżamy najpierw na Śląską, a potem na Morską. Tym razem nie rejestrujemy żadnych zmian. W Cisowej żegnamy się z Jasiem, zajeżdżamy najpierw do Hani do pracy, by się z nią przywitać, a potem do Darka po sakwy i przed nasz wieżowiec. Słyszymy okrzyk jakiegoś osiedlowego dzieciaka „ – O! Przyjechał pan kolarz i pani kolejarka!” – dogania nas podwórkowa dziatwa i towarzyszy przy rozpakowywaniu rowerów. Do licha, gdzie się podziały cukierki? Znalazłam! Dzieci zadowolone, ale chcą wiedzieć jak było. Udzielamy krótkiej odpowiedzi, która ich satysfakcjonuje. Możemy się rozpakowywać i wnosić do domu rowery i bagaże. Kolejne udane rowerowe wakacje dobiegły koñca. 34 kilometry.

***

Ogółem przekręciliśmy na rowerach 1113,13 kilometrów. Nie będę liczyła kilometrów zrobionych promem i koleją. Promów było sześć, a pociąg jeden. Zrobiliśmy ponad 200 zdjęć. W tegorocznej podróży dodaliśmy Helsinki do skandynawskich stolic, tę ostatnią, do której podróż planowaliśmy od dawna. Estonia urzekła nas swoją urodą i pewnie zapoczątkuje wyprawę do pañstw nadbałtyckich, które razem z nami weszły do Unii Europejskiej.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikowanie tylko na zasadach
określionych przez redakcję Koła Roweru >>zobacz.
strona główna |  index

0.02241 sek.  optima cennik