Strona G��wna
Szukaj:   
abc     o nas     login
Wzmocnij POWER - wyjd¼ na rower

Jeśli podoba Ci się ta strona, zagłosuj na nas.

Wyprawy Rowerowe
z powrotem strona główna do góry

Wyprawa rowerowa Warszawa-Wiedeñ-Warszawa


Dziennik z wyprawy rowerowej Warszawa-Wiedeñ-Warszawa 1995

95.07.09
Warszawa-Tarczyn-Świętochów-Pniewy-Konie-Wilczoruda-Machnatka-Wilków-Biała Rawska 85 km.

Udało się w koñcu wyjechać, co prawda nie w piątek rano ale w niedzielę o 14.30, ale i tak dobrze, że się udało, bo Meeck zapragnął w środę sprawdzić czy mu się nie uda urwać ramy na spawie, no i próba wypadła pozytywnie.

Droga z Tarczyna na Świętochów jest wręcz idealna. Równiusieñki asfalt głównie w lesie, na początku po prawej trzciny, czysta przyjemność. Za Świętochowem troszeczkę gorzej, bo asfalt przechodzi w polną ziemną drogę ale też nie jest ona najgorsza. Tu następuje pierwsza (z wielu) zgubka, bo zamiast w lewo jedziemy prosto i po jakimś kilometrze znajdujemy się u kogoś na podwórku. Cała rodzina (dość liczna zresztą) wychodzi, żeby pokazać nam drogę. No cóż, niewiele jest na wsi rozrywek. Wracamy do krzyżówki i jedziemy w lewo (z powrotnego punktu widzenia to w prawo), mijamy urząd gminy czy coś takiego i znowu trafiamy na rozwidlenie. Pytamy o drogę jakąś kobietę, ale jak większość ludzi na wsi nie ma ona pojęcia o swoich okolicach. Czereśnie Mówi, że chyba w prawo i do asfaltu, jedziemy więc w prawo, znowu krzyżówka więc my znowu w prawo, przez jakiś las i pole taką drogą, że Meeck spadł z roweru. Udaje nam się jakimś cudem dojechać do tego asfaltu, skręcamy w lewo i okazuje się, że tym razem dobrze, jedziemy przez Pniewy i Konie.

Jest naprawdę wspaniale, wszystko jest takie ładne, droga, drzewa, i ogromne łany zbóż oświetlone nisko wiszącym już słoñcem. Meeck idzie do sadu czereśniowego i udaje że robi siku. Po chwili wraca z torbą wspaniałych czereśni.

Gdzieś za Machnatką siadamy sobie na przystanku na krótki posiłek, przychodzi jakiś miejscowy facet i gada i gada - a skąd, a ile kilometrów, a gdzie śpimy, a co to za rowery itd itp. Na tego typu pytania przyszło nam odpowiadać jeszcze całej masie ludzi z całego świata nie wyłączając Meksyku.

Trasę Wilków - Biała Rawska pokonujemy o zmroku, w Białej-Rawskiej okazuje się być kąpielisko co prawda 150 cm głębokości ale lepsze to niż włażenie spoconym do śpiwora (jeszcze się nie przyzwyczailiśmy do brudu). Ja chciałem wejść bardzo pewnym krokiem, tyle że na mokrym pomoście tarcie było w przybliżeniu równe zero no i ludzie mieli trochę śmiechu, a ja nie musiałem się zastanawiać, czy wskoczyć już, czy za chwilę.

Dzieciaki mają tu dość niebezpieczną zabawę - są to skoki do wody podczas których można wpaść pod samochód - rozpędu nabiera się przebiegając ulicę.

Po kąpieli wsiadamy na rowery, przejeżdżamy jeszcze z 2 - 3 km i włazimy do lasu, który przez następne kilkanaście godzin jest dla nas hotelem i restauracją. Nie rozkładamy namiotu. Przez całą noc w krzakach obok wierciło się jakieś zwierzę, ale ja i tak się wyspałem.


95.07.10
Biała Rawska - Rawa Mazowiecka - Tomaszów Mazowiecki - PiotrkówTrybunalski i jeszcze kawałek dalej. 96 km.

Jest rano i ciepło, pogoda zapowiada się chyba aż za dobrze. Meeck jeszcze śpi a ja idę sobie na spacer i spotykam pociąg. Nad ranem zeszła rosa i osadziła się między innymi na ramie mojego roweru, który stał się dzięki temu jeszcze ładniejszy (a już myślałem, że to niemożliwe).Pierwszy poranek

Z powodu braku pieczywa właściwe śniadanie jemy dopiero w Rawie Mazowieckiej. Potem przejeżdżamy jeszcze jakieś 15 km i chowamy się do lasu, bo upał robi się odrobinę za duży. Siedzimy tam jakieś trzy godziny, podsypiając, oglądając mapy i próbując bezskutecznie złapać jakąś stację na UKF-ie Meeck'owego radyjka Thompsonic.

W koñcu znudzeni tą bezczynnością ruszamy dalej i zatrzymujemy się w Tomaszowie Mazowieckim nad rzeka tuż koło tamy. Zabieram dwie puste butelki i płynę po wodę pitną na drugą stronę, bo oczywiście zapomnieliśmy o tym szczególe, potem razem przepływamy z nimi na nasz brzeg. Prąd przy tamie jest niezły i tablica, że tu nie wolno pływać też jest, ale i tak bawimy się, komu się uda podpłynąć bliżej. Robimy obiad i pranie, kąpiemy się i leniuchujemy, pod wieczór jedziemy dalej.

wygłupy przy tamie

Zgubiłem moją ukochaną koszulkę z wiszącymi dziećmi, mama strasznie się ucieszy. Udaje nam się w koñcu znaleźć takiego człowieka, co wie jak powinniśmy wyjechać z miasta. Strasznie jestem odwodniony, wodę mineralną mogę wlewać w siebie litrami, próbuję z sokiem grejpfrutowym i jest trochę lepiej ale i tak nadal chce mi się pić.

Tuż przed katowicką zatrzymuję się w celu pójścia do lasu, Marek jedzie dalej, ja ruszam i za chwilę urywa mi się linka od przedniej przerzutki (to już druga w tym roku !), krzyczę do Meecka przez radio, żeby zaczekał.

Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, Marek idzie kupić coś do picia, oczywiście zapasowe linka okazuje się mieć za duży łepek a na stacji jak zwykle nie ma żadnego pilnika, na szczęście wziąłem ze sobą kawałek złamanego brzeszczota, który plątał mi się w przeddzieñ wyjazdu po pokoju, to załatwia sprawę, wjeżdżamy na katowicką i prujemy aż się kurzy, prowadzę cały czas korzystając z wieczornego przypływu energii.

chmura w kształcie czołgu

Po prawej stronie zachodzi słoñce, za chmurą w kształcie czołgu, potem krokodyla i jeszcze tam czegoś. Zjeżdżamy na Piotrków, uzupełniamy wodę w jakimś sklepie, a menele z pod niego ogarnięci manią życzliwości przekrzykują się tłumacząc jak powinniśmy dalej jechać i dziwią się, że my naprawdę do Wiednia.

Jedziemy jeszcze jakieś 10 km starą drogą na Częstochowę, Meeck gada przez radio z jakąś Agnieszką, pakujemy się do lasu po prawej stronie drogi, jeszcze przed linią kolejową. W lesie jak to w lesie, palimy sobie ognisko i pieczemy kiełbaski.

W międzyczasie zrywa się silny wiatr, więc gasimy ogieñ i przewidując burzę rozstawiamy namiot. Grzmi, błyska, wiatr mało co nie wywróci namiotu, tylko deszczu ani śladu. Spadło wreszcie coś nad ranem, ale jakieś śladowe ilości.


95.07.11.
Niechcice - Radomsko - Częstochowa - Piasek - 115 km.

Po nocnej burzy ranek był chłodny, niebo zachmurzone i wiał sobie wiaterek, co strasznie mnie ucieszyło, i Meecka też, ale nieco później, jak tylko się obudził. Zrobiłem sobie herbatę i piszę.

Piła pisze dziennik

Wczoraj zacząłem pisać w zeszyciku do wydatków, ale jak to z dziennikami bywa zginął w tajemniczych okolicznościach. Śniadanko, zwijanie namiotu i w drogę. W Niechcicach pani w sklepie mówi, że musimy zapłacić za reklamówkę do bułek, na co Meeck się wkurza powołując się na ustawowy obowiązek pakowania towaru, jakoś pakujemy te bułki do jakiś strzępków torebek i ruszamy.

Kawałek dalej część z nich zjadamy jako drugie śniadanie, które Meeck łączy z wykręceniem czerwonego odblasku ze słupka. Z rannego chłodu nie pozostało już nic, zrobiło się standardowe piekiełko. Prujemy nieźle, za Radomskiem siadamy na kole dwóm "górskim rowerzystom" wyciskając z nich siódme poty i dojeżdżamy nad Wartę.

Woda zimna i prąd szybki tylko trochę za płytko. Wbiegam do wody w koszulce i skarpetkach, może się jakoś odkleją. Wpadam na pomysł skakania z pod mostu a Meeck zgłasza się na ochotnika do przetestowania. Pod mostem idą rury, trzeba z ich pomocą przejść na środek nie zaplątując się zbytnio w pajęczyny, zawisnąć i puścić się. Nic prostszego. Meeck przeżył więc ja też spróbowałem. Trochę za płytka woda, po prostu ląduje się na nogach.

Miejscowym dzieciakom spodobało się i też co odważniejsze zaczęły skakać. Nad rzeką jak to nad rzeką - coś tam upraliśmy, coś tam zjedliśmy i w drogę, do Częstochowy.

Zastanawiam się nad wywieszeniem kartki "Nie jesteśmy żadną pieprzoną pielgrzymką", bo jeszcze ktoś nas zobaczy i pomyśli, że my z tych nawiedzonych.

młodniko-trawo-pole

W Częstochowie : sklep elektryczny - facet elektryk w życiu nie widział pasków montażowych; poczta - telefon - kartki; sklep rowerowy: linka dla mnie na zapas (mieli fajne dynamo, takie z napędem z osi za sześć stówek); gadka szmatka z jakimiś narkomanami.

Robimy sobie jeszcze jedno kółeczko wokół miasta, bo jak zwykle każdy miejscowy ma swoją wizję dróg wyjazdowych i czmychamy na Tarnowskie Góry. Za jakieś 15 km głód zatrzymał nas w fajnym młodniko-trawo-polu, ale tylko na chwilę.

Potem jeszcze wieczorkiem powolutku następne 15 km, jedzie się super, choć zaczynają się górki. Spać idziemy do lasu, przy wjeździe widziałem sarnę, z początku nie rozstawiamy namiotu, lecz komary zmuszają gorzej okrytego Meecka, żeby obudził mnie, żebyśmy go rozstawili.


95. 07.12.
Piasek - Tarnowskie Góry - Zabrze - Gliwice - Rybnik - Wodzisław Śląski - Chałupki - Ostrawa , 118 km

Gorąco już od samego rana, w celu nieuduszenia opuszczam namiot, to że Meeck jeszcze śpi jest tak oczywiste, że nawet nie piszę. Równie oczywiste jest to, że coś zjedliśmy i zwinęliśmy namiot.

Jedziemy nad jezioro koło wsi Zielona, robiąc po drodze zakupy. Z zakupami było fajnie, bo najpierw oparliśmy rowery o bramę, która się otworzyła, a potem Meeck stawiał swój rower i wywrócił jakiś inny a potem stałem w kolejce w której liczba osób podzielona przez czas stania dała by chyba zero, albo tylko odrobinę więcej. Taki iloraz można by nazwać współczynnikiem ślamazarności.

Jezioro fajne - chłodne i głębokie. Wodorosty ignorujemy. O praniu nie piszę bo to oczywiste. Z nadzieją patrzymy na chmurzące się niebo i ruszamy dalej, w Tarnowskich Górach przerwa na zakupy, a tak w ogóle to całkiem sobie miasteczko.

Meeck zahacza się o traktor, a ja z braku odpowiedniego narzędzia muszę pedałować, ale mówię sobie że taki głupi traktor nie może być ode mnie lepszy i przez prawie piętnaście kilometrów zasuwam po górkach przy średnio sprzyjającym wietrze, rzadko schodząc poniżej trzydziestki.

To był z pewnością jeden z moich lepszych przejazdów solo. W koñcu ten cały zaprzęg dogania mnie, jadę dalej korzystając z jego osłony aerodynamicznej. Tak to w szalonym tempie przejechałem całą prawie konurbację śląską, zabawa skoñczyła się w Gliwicach.

Upał robi się rekordowy, jedziemy na otwartej przestrzeni, żadnego lasu, czasami powieje wiatr i wtedy jest jeszcze gorzej bo to tak jakby ktoś obok otworzył suszarnię, piekarnik i drzwiczki od parowozu na raz i jeszcze włączył żelazko i suszarkę do włosów. Nasuwa mi się na myśl czasownik zemdleć, Meeck chyba myśli o tym samym.

Zatrzymujemy się w sklepie, koło baru "Na Górce" i po wlaniu w siebie sporej ilości wody postanawiamy dojechać nad Zalew Rybnicki. Z początku idzie to trochę ciężko, ale wyprzedza nas jakiś gość na kolarce, więc nie możemy być gorsi i ruszamy za nim. Człowiek gubi czapkę i musi się zatrzymać, po chwili jednak dogania nas, a przy podjeździe pod stromą górę udaje mu się uciec, ale my i tak tu skręcamy.

Mijamy wspaniałą, monumentalną elektrownię Rybnik, z ogromnymi chłodnicami kominowymi, przejeżdżamy przez zaporę, z której ryby łowić mogą tylko pracownicy tegoż zakładu, kupujemy masę owoców w celu uzupełnienia witamin i pakujemy się do jakiegoś ośrodka wypoczynkowego nad zalewem.

Wskoczyłem do wody zaraz, albo nawet wcześniej, ale chwilę potem zastanawiałem się, czy rzeczywiście był to dobry pomysł, bo na powietrzu było chyba chłodniej. Zupa, totalna ciepła obrzydliwa zupa.

Jedyne rozsądne miejsce było przy koñcu pomostu na lewo, ale ile można pływać w miejscu? Wylazłem i schroniłem się w cieniu chatko - wiaty, która robiła obecnie za nasz dom i stołówkę. Były tam nawet kontakty elektryczne, tyle że bez prądu.

zakladanie gniazdkowtyczek

Ten ostatni bardzo by nam się przydał, bo chcieliśmy założyć gniazdkowtyczki w celu ściągnięcia CB-radia na granicy, z celnikami nigdy nic nie wiadomo. Meeck gdzieś zniknął i po chwili wrócił z jakimś facetem, potem zniknął facet a pojawił się prąd. Ten człowiek tak naprawdę to na początku był niemiły i nic nie chciał dla nas zrobić, ale Marek go przekonał więc mu wybaczamy.

Zamontowaliśmy wtyczki, zjedliśmy obiad, doładowaliśmy trochę akumulatory i pogadaliśmy z tymże człowiekiem o tychże akumulatorach, bo on robił kiedyś w elektrowni.

Elektrownia

Pogoda w międzyczasie zrobiła się znośna (niebo się zachmurzyło, zaczęło wiać, grzmieć i błyskać, na zalewie pojawiły się fale), więc posiedzieliśmy jeszcze chwilę, zrobiliśmy sobie zdjęcie z elektrownią i ruszyliśmy w dalszą drogę. Deszczu oczywiście nie było.

Górki coraz wyższe, szczególnie jak się z Rybnika wyjeżdża, a potem też fajne zjazdy i podjazdy, pogadaliśmy sobie przez radio z Darią, jakiś frajer oczywiście musiał się wtrącać i bluzgać. Potem jeszcze pogadaliśmy z ludźmi z samochodu, który nas mijał, tak mnie coś tknęło żeby włączyć radio na 28 no i usłyszeliśmy "ogólne dla rowerów". Zgłosiliśmy się jako "Expedycja Rowerowa Warszawa - Wiedeñ - Warszawa".

Noc była już od dobrej chwili ale na granicy jak to na granicy pieniądze wymienić można zawsze, a ktoś żądny sensacji też się znajdzie, więc musieliśmy tłumaczyć, że stąd do Wiednia to trzy dni a nie tydzieñ i że wcale nie nazywamy się Superman.

Ludziki z samochodów mają nas zwykle za totalnych wariatów o nieziemskiej kondycji. W Czechach nie wiedzieć czemu zrobiło się strasznie ciemno, za tablicą "Ostrawa" skręciliśmy nad Odrę i rozstawiliśmy od razu namiot, co wcale nie znaczy, że nie pocięły nas komary. Warty wspomnienia wydaje się fakt, że wiocha przygraniczna Chałupki, posiadała drogę rowerową, szerszą i równiejszą niż w Warszawie.


95.07.13.
Ostrawa - Stara Wieś - Jistebnik - Bilovec - Fulnek - Odry - Bystrice , 100 km.

Pogoda rano jak zwykle - po zwinięciu śpiwora byłem cały mokry od potu. Woda w Odrze była nawet czysta, jednak dno strasznie zamulone więc poprzestaliśmy na myciu garnków i praniu skarpetek. Na początek czekał nas przejazd przez miasto - Ostrawę. Stan dróg jest tam chyba najgorszy w całych Czechach - krzywy asfalt zamieniający się w lepką smołę w promieniach słoñca. Jechaliśmy i jechaliśmy za różnymi kierunkowskazami, jakąś okropną obwodnicą i nadrobiliśmy chyba z 10 km. ale w koñcu się wyrwaliśmy.nad odrą W Starej Wsi na stacji benzynowej Meeck kupił okulary przeciwsłoneczne - ma chyba zapalenie spojówek albo coś takiego - oczy całe czerwone i lekko przymknięte, aż źle z nich patrzy. Coś między spojrzeniem narkomana a maniakalnego mordercy. Za stacją benzynową w prawo i potem na krzyżówce znowu. Mapa pokazuje że jest tu jakiś zamek, co zresztą potwierdził człowiek na stacji, ale my chyba go przeoczyliśmy, a zapytać nie bardzo jest kogo. Mapa pokazuje też, że tuż tuż jest całkiem spore jezioro. Zaczynałem już wątpić, ale w koñcu je zobaczyliśmy. Rozciągało się po obu stronach drogi, bardziej po lewej niż po prawej i było zarośnięte trzcinami - dość umiarkowanie, lecz wystarczająco aby utrudniały one dostęp. Nie chcieliśmy rozkładać się przy samej szosie, więc pojechaliśmy jeszcze kawałek, zresztą bardzo ładną drogą, bo po obu stronach porośniętą wierzbami, aż dojechaliśmy do koñca jeziora. Tam też nie bardzo było gdzie się rozłożyć. Spróbowaliśmy jeszcze kawałek, jakąś rozkopaną drogą, ale nic z tego nie wyszło i wróciliśmy na szosę z wierzbami i cofnęliśmy się kawałek, tam, gdzie przy a raczej na wodzie stała sobie jakaś budka. Pomysł z cofnięciem okazał się bardzo udany, bo obok budki rosło drzewo, na którym miejscowe dzieciaki powiesiły linę. Zleciała się ich zresztą zaraz całkiem spora gromadka, i pokazały nam dokładnie jak z niej korzystać. Zabawa polegała na tym, że wchodziło się na balustradę, łapało linę i skakało, potem należało się już tylko puścić w momencie osiągnięcia jak najdalszej odległości od brzegu. Strasznie fajnie. Upał trochę zelżał i gdzieś na horyzoncie zaczęło całkiem nieźle grzmieć i błyskać ale jak zwykle skoñczyło się na straszeniu. Nie można było kąpać się w nieskoñczoność więc pojechaliśmy dalej, jedząc jeszcze pod sklepem arbuza z bułkami. Po skręcie na Bilovec lekko pagórkowata droga zamieniła się w całkiem górzystą. Następne większe miasto nosiło nazwę Fulnek. Był tam nawet zamek, ale nieczynny, i poczta z telefonem, z którego jednak nie można było zadzwonić do Polski. sad wisniowy Na szczęście lody były całkiem niczego sobie. Zaraz po wyjeździe z tego miasta w kierunku na Odry rośnie przy drodze cała masa dzikich drzew czereśniowych, na odcinku kilku kilometrów. Strasznie się najadłem, zrobiłem zdjęcie i jeszcze zabrałem reklamówkę czereśni. Góry zaczęły robić się coraz wyższe, najtrudniejsza była jednak ta pierwsza za miastem. W Odrach zrobiliśmy obiad, wykąpaliśmy się w fajnej rzeczce z małym wodospadem i pogadaliśmy z jakimś długowłosym Czechem,który wykonywał prawie samobójcze skoki do wody. Spadło też kilka kropel deszczu. Przy wyjeździe dało się zauważyć zachęcająco wyglądające jeziorko - położone wśród gór, pól i lasów. W Prakticach próbowaliśmy zobaczyć jaskinię jednak była już nieczynna. Nie wykąpaliśmy się też w całkiem sporej rzece. Przy wyjeździe (który jednak w koñcu się znalazł, choć byłem już prawie pewny zgubki) jak zwykle spora górka, podjeżdżamy prawie pod same Bystrice i rozkładamy się w sadzie wiśniowym. Próbujemy spać bez namiotu, ale komary ...

95.07.14.
Bystrice-Holesov-Hulin-Otrokovice-Uherskie Hradiste-Ostrozka Nowa Ves

Rano nie bardzo jest co jeść (z wyjątkiem rosnących dookoła wiśni) więc szybciutko się zbieramy i jedziemy do Bystric. Śniadanie jemy po sklepem. Potem idę na pocztę zadzwonić do domu. Meeck nie zorientował się, że to poczta, i myśląc że idę spytać się o drogę pojechał dalej. Znaleźliśmy się przez radio, mimo że telefonowanie zajęło mi masę czasu. Marek po prostu stał gdzieś przy drodze i czekał. Przegapiliśmy drogę na Otrokowice przez Miskowice i pojechaliśmy przez Hulin nadkładając parę kilometrów. Przed Otrokowicami, zaraz przed wiaduktem jest jeziorko (wypatrzyłem je z wiaduktu, w związku z czym musiałem złamać kilka przepisów), strasznie zaludnione ale ważne że woda zimna. Upał znów zrobił się piekielny. Zdjąłem tylko buty, reszta ubrania poszła kąpać się ze mną.

Dojechaliśmy dalej do mieściny zwanej Uherskie Hradistie. Była jakaś 15.30. Zatrzymałem się na skrzyżowaniu i popatrzyłem na mapę, w tym czasie Marek mnie wyprzedził. Zwinąłem mapę, poczekałem na światło i pojechałem za nim. Włączam radio - nie działa. To nic myślę, dogonię go. Nic z tego, Meecka ani śladu. Trzeba uruchomić krótkofalówkę, na szczęście to nic poważnego, urwał się tylko przewód zasilający. Krzyczę do mikrofonu - bez odzewu. Pojechał dalej, poszedł do sklepu, czy znalazł jakieś fajne miejsce na obiad i czeka ?. Dojechałem do koñca miasta wołając przez radio. Nic. Krzyknąłem jeszcze parę razy do mikrofonu, że wracam na feralne skrzyżowanie i wróciłem. Czekam. Pada deszcz. Leje. Usiadłem pod drzewem, nałożyłem kurtkę a nogi przykryłem NRCtką. Wcisnąłem jeszcze pod nią śpiwór, po co ma moknąć. Rower oparłem o drzewo No i siedzę sobie i czekam. Deszcz pada, jakby chciał nadrobić zaległości z poprzednich dni. Ludzie z samochodów patrzą na mnie i uśmiechają się. Co ich kurcze tak śmieszy, deszczu nie widzieli czy co ? Śmieszne ludziki w klatkach na kółkach. Za jakieś dwie godziny przestaje padać. Meecka ani śladu. Idę do sklepu i kupuję 2 czekolady i sok pomarañczowy. Nie mogę przecież umrzeć z głodu. ŚlimakOkoło 19.45 stwierdziłem, że coś z tym wszystkim trzeba zrobić. Upatrzyłem sobie stosowną parę i wytłumaczyłem im o co chodzi. Dziewczyna została na skrzyżowaniu przy rowerze (jakby Meeck wrócił, a po za tym lepiej, żeby cały mój dobytek nie stał sam) a ja z chłopakiem poszliśmy na policję. Najpierw na jedną, ale była nieczynna, więc obok na drugą. Policjanci byli bardzo mili i chyba się ucieszyli, że nareszcie mają coś do roboty. Ustaliliśmy następujący plan: Ja biorę rower i jadę na camping w Ostrozkiej Nowej Wsi a oni samochodem do Hodonina i jak spotkają Meecka to dobrze a jak nie to trudno. Ja miałem czekać na telefon. Rozstawienie namiotu na campingu miało kosztować 20 koron, co bardzo mnie ucieszyło, gdyż niewiele mi już zostało tej waluty. Zaraz jednak okazało się, że do tego muszę zapłacić jeszcze 40 za siebie, a to już przekraczało moje możliwości finansowe. Pani na początku nie bardzo chciała się przekonać, co do mojego noclegu bez namiotu, ale jakoś w koñcu przeszło. Pogoda była niepewna, spałem w ubraniu przykryty NRCtką. Obok było jakieś jezioro, ale czekałem na telefon i nie sprawdziłem tego dokładnie. Zjadłem resztkę czekolady i zagrałem sobie na dobranoc na harmonijce.

95.07.15.
Ostrozka Nova Ves-Hodonin-Breclaw-Mikulow-Poysdorf

Nikt do mnie nie zadzwonił, więc wziąłem sprawę w swoje ręce, wytłumaczyłem facetowi z recepcji co i jak i on zadzwonił na policję w moim imieniu. Marek się nie znalazł. Przekazałem wiadomość, że jadę do Hodonina i tam zgłoszę się na komisariat. Jak dobrze, że z Czechami tak łatwo się dogadać. Po drodze spotykam burzę. Jest po prostu wspaniała. Kołnierz kurtki podciągam sobie pod same, a kask i kaptur opuszczam na same oczy. Prawie nic przez to nie widzę, ale niewiele jest do zobaczenia, bo wszystko zasłaniają lejące się z nieba strugi wody. Strasznie mi się to podoba, śpiewam sobie i krzyczę na Burzę, że jest kiepska i wcale się jej nie boję. Ludziki w samochodach patrzą na mnie jak na zjawę. Jest sobota, nie mam pieniędzy i nie wiem jak długo będę musiał zostać w tym kraju. W hotelach albo nie mają wydać, albo nie chcą dolarów.lalka Wożenie marek jest jednak lepszym pomysłem. W Hodoninie znalazłem czynny bank (!), zadzwoniłem do Warszawy, zrobiłem zapasy i zjadłem obiad w takiej restauracji do jakich u nas nie wpuszczają bez krawata, nie mówiąc już o wchodzeniu w klapkach, mokrych krótkich spodenkach, z zarostem i kaskiem rowerowym w ręku. Zapłaciłem jakieś 30 koron. Zameldowałem się też na posterunku, żadnych wiadomości od Marka. Pojechałem do Breclawia. Zameldowałem się na posterunku. Z wiadomościami jak wyżej. Pojechałem do przejścia granicznego. Wymieniłem jeszcze trochę dolarów żeby w razie czego mieć na camping. Pytam się celniczki o Marka - nie było go. Kurczę, już wcale nie wiem co jest grane. Na wszelki wypadek zostawiam kartkę, że w razie czego jestem na campingu ‘Pod zamkiem’. Już chciałem odjeżdżać, jak przyszedł celnik i powiedział że był tu taki na rowerze, ale to jest przejście tylko dla Czechów i Austryjaków więc odesłali go na Mikulov, jakieś 20 km dalej. Pokazał mi też drogę na skróty. Przyjechałem do Mikulowa i okazało się, że Meeck zadzwonił do Warszawy i wrócił się do Breclawia, bo taką wiadomość zostawiłem w domu aparat(ale jeszcze wtedy nie wiedziałem, że tam nie ma przejścia), a tam pokierowali go z powrotem na Mikulow, gdzie spotkaliśmy się za jakieś 1/2 godziny. wjazd do austriiZrobiliśmy sobie obiad, wysuszyliśmy trochę rzeczy i wróciliśmy jeszcze do miasteczka (bardzo urocze), bo Marek chciał wysłać kartkę. Wyjechaliśmy z Czech i chcieliśmy zrobić sobie zdjęcie z tabliczką Wilkommen in Osterreich. Meeckowi poluzowało się coś w obiektywie i przez pół godziny naprawiał go na poboczu, szlifując na asfalcie za duży śrubokręt. Zdążył na ostatnie promienie słoñca. Jeszcze jedna kontrola paszportów, i jesteśmy w Austrii. Od razu zrobiły się większe górki. Zaczęło też padać i oczywiście nie było widać żadnego sensownego miejsca na nocleg. Jakieś 60 km przed Wiedniem skręciliśmy z drogi i wpakowaliśmy się w gęste krzaki. Namiot ledwo się zmieścił. Dokładnie na środku podłogi był jakiś pieniek, przez co Meeck śpiąc opierał się o ścianę, przez co przesiąkała woda, przez co zmókł mu śpiwór, przez co zrobiło mu się zimno i mokro, przez co w środku nocy musieliśmy wymyślać nowy sposób ułożenia się w środku....

95.07. 16
Poysdorf - Wiedeñ, 95 km

Rano wczorajszy deszcz wydawał się czymś absurdalnym. absurdPorozkładaliśmy na polu i wysuszyliśmy, a raczej wyprażyliśmy wszystko co się dało, poczynając od namiotu i śpiworów na husteczkach do nosa koñcząc. Wyglądało to bardzo efektownie - kolorowe plamy intensywnie wcinające się w wielki płat ściętego pola. Do Wiednia zostało jakieś 60 km. Jest niedziela i wszystkie sklepy zamknięte. Udaje nam się w koñcu trafić na jakiś przydrożny bar, gdzie kupujemy wodę mineralną, po lichwiarskiej cenie. Właścicielka baru - starsza kobieta śmieje się z nas , puka w czoło i woła wszystkich ludzi, żeby im powiedzieć, że przyjechaliśmy tu z Warszawy. Najbardziej rozśmieszył ją metalowy kubeczek w bagażu Meecka. Obok budki był jakiś bazarek z totalnymi rupieciami. Zatrzymaliśmy się jeszcze na stacji benzynowej, gdzie woda mineralna 1.5 l kosztowała tyle co w budce 0.33. Miejscowa ludność żyje chyba wyłącznie z uprawiania słoneczników, ogromne pola żółtych kwiatów ciągną się od szosy po horyzont. Mijamy kilka ładnych górek rozwijając prędkości ja 64 , Meeck 69.5 km/h.

Wjeżdżamy do Wiednia i za kierunkowskazami na centrum trafiamy na autostradę. Wszyscy na nas trąbią, ale jeszcze nie wiemy o co chodzi. Mijamy Dunaj i chcemy jakoś się tam dostać. Skręcamy i to już totalne dno. Po obu stronach metalowe barierki, których koñca nie widać. Ludziki w samochodach trąbią i pukają się w główki. Totalna pułapka. W koñcu udaje nam się z tego wyrwać i wracamy chodnikami, ulicami i ścieżkami rowerowymi. Upał okropny, oboje robimy się z tego powodu odrobinę drażliwi. Siadamy przy jakimś parku w cieniu pod drzewami. Meeck prawie się ugotował i musi ochłonąć, mnie na szczęście gorąco aż tak nie przeszkadza. Potem wracamy nad Dunaj, a raczej nad jego starorzecze, pytając przechodniów, żeby znów nie wjechać na autostradę. Miejsce do kąpieli jest bardzo fajne. Wzdłuż całego starorzecza przebiega kawał równego asfaltu po którym ludzie jeżdżą na rolkach i rowerach.skok Kąpiemy się i próbujemy bezskutecznie wspiąć się na filar mostu. W koñcu udało się Meeckowi, ale przy pomocy drutu, który zawiązał na filarze. Przychodzą dzieciaki i skaczą z... mostu. Ja też tak chcę. Daję Markowi aparat (oczywiście musi to być uwiecznione) a sam idę na górę, wychodzę za barierkę ... o kurczę ale wysoko, ale teraz już nie ma odwrotu. Odbijam się i zamykam oczy, żeby nie stracić szkła kontaktowego. Wszystkie flaki podchodzą mi do gardła, o rany ale się boję. Lecę, lecę, przecież już dawno powinna być woda. Jest. Cały i zdrowy, chociaż trochę czerwony dopływam do brzegu. Marek też postanawia spróbować, wychodzi za barierkę i stoi tam chwilę, ale wraca. Przynajmniej jeden z nas ma choć trochę rozsądku. Robimy obiad, który nieco odwleka się z powodu wiatru. Trzeba przenieść kuchenkę w osłonięte miejsce. Ruszamy do centrum, które w koñcu znajdujemy i kręcimy się robiąc zdjęcia. Skoñczył mi się film, zanim znalazłem bankomat bez napisu “Out of order” wszystkie sklepy zostały zamknięte. Przy jednym z bankomatów poznałem fajnego Hiszpana, który od 40 dni podróżował sam stopem po całej Europie. Przy budce z pocztówkami zaczepiło nas dwoje Polaków - starszy facet i młoda dziewczyna. Też przyjechali tu na rowerach, jest z nimi jeszcze masą dzieciaków. Proponują nam wspólny nocleg, mają fajną miejscówkę nad Dunajem. Jedziemy najpierw na lody, potem nad Dunaj. Facet jest nauczycielem wf i biologii i nazywa się Andrzej. Nie ma kompletnie zmysłu orientacji, zanim trafiamy na właściwą drogę robimy kilka kółeczek. Dziewczyna to jego córka, nazywa się Magda i studiuje sztukę. Mieszkają w Bielsku Białej. Dzieciarnia to uczniowie Andrzeja, którzy właśnie pozdawali do liceów. Miejscówka rzeczywiście jest fajna, mniej więcej vis a vis Klostenbrergu. Można się nawet wykąpać, choć woda okropnie zimna. Oczywiście dzieciak zadają masę pytañ dotyczących naszych rowerów.

95.07.17.
Wiedeñ-Schwechat-Schwadorf, 80 km.

Wstaliśmy dość wcześnie ale zebraliśmy się dopiero po południu. Przede wszystkim trzeba coś było zrobić z Magdy rowerem. Jakbym miał taki to bym po prostu tu nie dojechał. Konstrukcja ogólnie dobra, bo bardzo stara, ale zaniedbana okropnie. Łañcuch tak suchy, że nawet nie skrzypi. Tylna przerzutka powyginana. Wszystko rozregulowane. Obręcze pogięte. magda i dzieciaki Meeck spędził nad tym dobry kawał czasu. Ja tylko trochę pomagałem. Po tych zabiegach rower chodził cytując Magdę “Jak nigdy w życiu”. Najpierw pojechaliśmy na pocztę i Magda pisała list tak długo, że myślałem, że zniosę jajko. Zadzwoniłem do Polski 4.50 szylingów. Po prostu powiedziałem gdzie dalej jedziemy i już. Gdyby dziadek się nie rozgadał to bym zapłacił ze trzy. Potem pojechaliśmy pod katedrę. Kiedy piszę słowo pojechaliśmy to mam na myśli totalne błądzenie i zataczanie kółek. Prowadził wiadomo - Andrzej. Któryś z dzieciaków wjechał kawałek pod prąd i rzucił się na niego policjant. Skoñczyło się na pogadance. Pod katedrą rozstaliśmy się. Oni pojechali na Węgry, a my na Prater. Spotkaliśmy jeszcze Hiszpana, który samotnie jeździł właśnie drugi miesiąc rowerem po Europie. Hiszpanie są strasznie fajni. meeckNa Praterze poszliśmy najpierw na zjeżdżanie łódką do wody. Oczywiście siedzieliśmy na pierwszych miejscach i najbardziej nas ochlapało. Potem kręciliśmy się, aż znaleźliśmy największy roller-coster. Wyglądał imponująco i kosztował 45 od łebka. Meeck nie miał już szylingów, ale na szczęście kantor był w pobliżu. roller-costerZjazd był fajny. Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem krzyczeć. Potem to samo, ale do tyłu. Coś wspaniałego. Pokręciliśmy się jeszcze trochę pstrykając fotki, i pojechaliśmy na lody a potem na naszą starą miejscówkę nad Dunaj. Nawet nieźle poradziliśmy sobie ze znalezieniem drogi.Gotowaliśmy obiad, kiedy przyszły jakieś dzieciaki i powiedziały że złowią nam rybę, tylko żebyśmy dali im kawałek chleba. Najpierw długo ich nie było a potem przyniosły małego okonia, którego kazaliśmy im wypuścić. Następną rybą, którą przyniosły, była całkiem spora płoć. Nie mieliśmy masła, więc tylko wypatroszyłem ją, osoliłem i zapakowałem. Zaczęło się zciemniać. Pojechaliśmy jeszcze raz na Prater, żeby zobaczyć jak to wygląda w nocy. ryba Wygląda imponująco. Nigdy nie widziałem tylu żarówek na raz.

Wydostać się z Wiednia, szczególnie jeśli nie chce się jechać autostradą to wcale nie takie proste. Najpierw kierowaliśmy się znakami na Budapeszt, pilnie uważając, żeby nie wjechać na autostradę. Potem pojawiła się droga dla rowerów. Dalej jechaliśmy jakimiś uliczkami aż trafiliśmy na stację metra Edensbruck. Przeszliśmy przez tą stację i pojechaliśmy dalej, mijając zajezdnię metra i ogromną elektrownię. Potem droga skoñczyła się. Wnieśliśmy rowery na rodzaj kładki i przenieśliśmy na jakąś drogę, która wyglądała na jakąś opuszczoną ulicę. Prawdopodobnie teraz miała być drogą dla rowerów (byłe jakieś napisy ze słowem Radfahr), ale jeszcze nie zbudowano do niej dojazdu, więc rowery sprowadziliśmy z kładki po stromych schodach. Wcale nie jest to takie proste jak się ma tonę bagażu. Droga szła cały czas wzdłuż Dunaju i mieliśmy ją całą dla siebie. Spotkaliśmy tylko jakąś parę autostopowiczów i wymieniliśmy pozdrowienia. Włóczędzy jak i my. Droga zaczęła przechodzić przez jakieś wioski na przedmieściach, zaczęły też pojawiać się jakieś tablice o objeździe i moście, ale nie wiele z tego rozumieliśmy. Zrozumieliśmy dopiero jak w pewnym miejscu zabrakło mostu. Na szczęście było obejście dla pieszych, a jak pieszy może to rowerzysta też (ale odwrotnie nie). Jedyną trudnością były bardzo strome schody na koñcu. Musieliśmy wpychać każdy rower we dwóch. Teren był trochę podmokły, i strasznie pocięły nas komary. Dojechaliśmy do Schwechat i nieco się pogubiliśmy. Mimo, że był to środek nocy, znalazł się jakiś policjant i można było się zapytać o drogę. Nie wiem, czy pomagało mu to w rozumieniu mnie, ale zawsze gdy ja coś mówiłem, to świecił mi latarką w oczy, a halogenik miał całkiem niezły, z 5 W albo i więcej. Udało nam się w koñcu opuścić miasto właściwą drogą. Meeck wypatrzył na mapie jakąś rzekę, ale za chwilę uznał, że to za daleko i rozpoczęliśmy szukania miejsca na nocleg. Po obu stronach drogi były pola poprzecinane co jakieś 500 m pasem drzew, jednak o dostaniu się tam nie było mowy, bo wszystko było zarośnięte przez gęste krzaki. W koñcu skręciliśmy w jakąś polną drogę i po przejechaniu nią jakiś siedmiuset metrów trafiliśmy na las. Rozbiliśmy się na jego skraju. Wybiliśmy kilkadziesiąt komarów, które wleciały do namiotu mimo nadzwyczajnych środków ostrożności i poszliśmy spać. Przez ścianki słychać było jednostajny, obrzydliwy bzyk milionów tych wstrętnych owadów. Ryba, która została na zewnątrz sprawiła, że wszystkie leśne zwierzęta kręciły się koło naszego namiotu przez calutką noc.

95. 07.18.
Schwadorf - Trautmannsdorf - Kaiserstenburch - Neusidl am See - , 54 km.

Rano ryba była na swoim miejscu więc postanowiłem coś z nią zrobić. Przyniosłem z lasu kilka patyków i zacząłem za pomocą noża dłubać dziurę w ziemi. Z jednej strony miałem las, a z drugiej rosło zboże, uznałem jednak, że może się nie spali. Jakiś człowiek jechał właśnie samochodem (pewnie ktoś od tych pól) i coś tam powiedział akcentując wyraźnie słowa ogieñ i policja, więc ryba pozostała w stanie surowym. Jak się okazało podjechaliśmy wczoraj pod Schwadorf. Pojechaliśmy dalej przez Trautmannsdorf i Kaisersteinburch. Pieczenie rybyW tym pierwszym upiekliśmy nad rzeką rybę. Była całkiem niezła, ale wolę smażone. Próbowaliśmy też kąpieli, ale dno było okrutnie kamieniste a woda trochę śmierdząca i nic z tego nie wyszło. Meeck ukradł po drodze dwa słoneczniki, jednego dał mi a drugiego zgubił. Zdarza się. Opuściliśmy północną Austrię i wjechaliśmy do jakiegoś innego landu. Po za jednym podjazdem po serpentynach teren raczej pagórkowaty. Z serpentyn zjechaliśmy prawie nad samo jezioro. Trzeba przyznać, że z góry wyglądało dość imponująco. Nie mieliśmy już ani szylingów, ani jedzenia. Najpierw pojechaliśmy w kierunku Neusidl am See i znaleźliśmy aż dwa zamknięte banki (godziny otwarcia 8-12). Zawróciliśmy więc i szczęśliwym trafem znaleźliśmy kantor na poczcie. Zaraz zrobiliśmy wielkie zakupy. Wszystko jest tu 3 razy droższe niż w Polsce. Trudno, jeść trzeba. Pod sklepem pogadałem z jakimś człowiekiem, popatrzyłem na jego mapę (znacznie dokładniejszą od mojej) i znowu zawróciliśmy na Neusidl, bo tam zapowiadało się ciekawiej. Wzdłuż całego jeziora prowadziła droga rowerowa. Raj na ziemi.

Mimo, że jezioro liczy sobie w obwodzie ponad sto kilometrów dojście do niego możliwe jest tylko w kilku, może dziesięciu miejscach, wszędzie indziej są trzciny. Śmialiśmy się razem z jakimiś austryjackimi turystami, że szukamy jeziora. W koñcu znaleźliśmy - w Weiden. Okazało się płytkie i muliste, ale woda była mokra i chłodna, a to najważniejsze. Pogoda zaczęła robić się “stormy”. Meeck spał na ławce a ja chodziłem po okolicy, kupiłem sobie kawałek pizzy, zobiłem zdjęcie i pooglądałem jachty. Pojechaliśmy dalej, mijając jeszcze jedną plażę i wjechaliśmy na najwspanialszą drogę rowerową jaką jechałem w życiu.budka widokowa + namiot = nocleg Nawierzchnia nie była asfaltowa (i słusznie, psuło by to nastrój) tylko wysypana jakimś kredowym żwirkiem, od którego opony przybrały szary, ale bardzo ładny kolor (coś jak w modelu Scott Boulder). Po lewej stronie rozciągały się pola, a po prawej trzciny. W głębi widać było jezioro i wspaniale zachmurzone niebo. Czasami trzciny przesłaniały i lewą i prawą stronę. Zatrzymaliśmy się przy wiacie widokowej - budce na czterech długich palach. Dobre miejsce na obiad, a głodni byliśmy okropnie. U mnie zaczął się ten okres wyprawy kiedy jestem ciągle głodny. Wręcz marzyłem, żeby zrobiło mi się lekko niedobrze z przejedzenia. W wiacie postanowiliśmy nie tylko zrobić jedzenie, ale i zostać na noc. Maszynka benzynowa zbuntowała się i gotowanie obiadu trwało chyba z godzinę. Była to istna tortura. Nie pomagało nawet polewanie zbiorniczka benzyną i podgrzewanie go zapalniczką. Po takim czekaniu obiad był jeszcze lepszy - 800 g tortelini w sosie pomidorowym + 250 g makaronu, żeby było więcej. Makaron bardziej rozmoczyliśmy, niż ugotowaliśmy. W dalszych planach była herbata i czekolada, najpierw jednak trzeba było zrobić coś z maszynką. Zaszliśmy na dół, gdzie stał drewniany stół i ławki i zaczęliśmy w niej grzebać. Za chwilę były przy nas wszystkie komary z okolicy. Uciekliśmy do wiaty a one za nami. Jedynym sposobem było rostawienie namiotu, a że na ziemi nie wolno, bo to park narodowy to rozstawiliśmy go w wiacie. Maszynka po remoncie paliła o wiele lepiej, czekolada po wymoczeniu w wodzie mineralnej skrzepła na tyle, że dało się ją obrać z folii, słowem deser był wspaniały. Wiatr wiał jak oszalały, całym namiotem rzucało przez całą noc i było bardzo fajnie.

95.07.19
Illnitz - Pamhgen - Kapuwar - Györ - Velky Meder, 149 km.

Wstaliśmy wcześnie i opuściliśmy wiatę tuż przed przybyciem pierwszych turystów. Wiatr nadal dmuchał jak oszalały, więc nie mogłem włożyć szkła do oka, bo jak by mi zwiało to byłby totalny kanał. Za wejście na plażę w Podersdorfie trzeba było zapłacić, to nie dla nas. my dwajNastępna plaża to Illnitz, wstęp darmowy. Nie kąpiemy się, trochę jeszcze wieje i jakoś tak nie mamy ochoty. Włożyłem wreszcie szkło i umyłem się trochę w miejscowej ubikacji. Pojechaliśmy dalej mijając trzciny, małe jezioka, uprawy winogron (niestety jeszcze niedojrzałe) i innych turystów. Weszliśmy na wieżę obserwacyjną, niestety najwyższe piętro było zamknięte. Granicę austryjacko - węgierską przekroczyliśmy w Pamhagen specjalną drogą dla rowerów. Sprawdzał nas specjalny celnik dla rowerzystów.sloneczniki Po prostu rower jest tu pojazdem powszechnie używanym i szanowanym, bez niego zwiedzanie okolic Neusidler See nie miało by sensu. Jesteśmy na Węgrzech i nie mamy mapy, ale kierując się intuicją jedziemy na Kapuwar a potem Györ. Teren płaski, pogoda gorąca i ogólny syf - śmieci i gówna na przystankach autobusowych. Ludzie mówią takim językiem że mózg staje. Kupiliśmy ćwiartkę chleba, która była wielkości naszego całego bochenka. Na obiad zjedliśmy fasolkę po bretoñsku z ryżem i trawą, bo Meeck wywalił miskę, W mieście Csorna wydaliśmy ostatnie tutejsze pieniądze. Poczynając od wjazdu do Györ wszędzie są zakazy wjazdu rowerem. Po za ignorowaniem ich niewiele możemy zrobić. Zresztą chyba to normalne, bo policja też nas ignorowała. Po za tym przy drodze stoją masy okropnie brzydkich prostytutek. Jedną udało mi się przestraszyć. Próbujemy zjechać nad rzekę Mosoni-Duna ( myślałem z początku, że to Dunaj), ale chaszcze i komary zniechęcają nas zupełnie. Wracając z nad rzeki mylimy drogę i jedziemy przez Kisbays i Nagybajs po polach obok stawów, ilość komarów jest wręcz nieprawdopodobna. Spotykamy jakiegoś chłopaka z dziewczyną, przyjechali na mostek na randkę. Dziewczyna gorzej ubrana po chwili cała się drapie. Biedactwo. Spytaliśmy ich o drogę.

Na granicy komary. Biedni celnicy stoją, drapią się i oganiają. Umyliśmy się w ubikacji z komarami. Wymieniliśmy pieniądze w kantorze z komarami. Dokładnie sprawdzono nam pieczątki w paszporcie, ale to i tak było chyba za mało, bo jeszcze tuż przed mostem przez Dunaj wyskoczyło z lasu dwóch zakamuflowanych gości sprawdzili wszystko jeszcze raz. Jakieś 6 km przed Welkym Mederem skręciliśmy na jakąś mniej uczęszczaną drogę i rozbiliśmy się na jej poboczu. Komarów prawie nie było, wszystkie poleciały na Węgry. Z powodu braku korkociągu kupione tam wino Eger - Medina musiałem otworzyć “na spławik”. Meeck miał na szczęście zapasowy korek i nie musieliśmy wypijać wszystkiego na raz. Mnie po 150 km. jeden kubeczek w zupełności wystarczył.

95.07.20.
Velky Meder - Remanska Olca - Kolarovo - Nove Zamky - Nitra - Neverice, 113 km.

Dzisiejszy dzieñ będzie kojarzył mi się chyba tylko z wiatrem. Wieje oczywiście z przodu i mimo że teren jest idealnie płaski utrzymanie prędkości 20 km/h wymaga sporego wysiłku i zacięcia. Czepiamy się traktorów , koparki która tak hałasuje, że postanawiam jednak pojechać sam, i kombajnu, który tak sypie w oczy, że szybko rezygnujemy. Kąpiemy się w rzece Nitra i zjadamy po kilkanaście kulek lodów. I tak najlepsze były w Wiedniu. Obiad jemy na jakimś parkingu, gdzie są stoliki, krzesełka i kawałek cienia. Wyszedł wyjątkowo ohydny - lepki rozmoczony makaron i jakieś ohydne tłuste mięso z konserwy, stóg sianato wszystko bez soli, bo nam się skoñczyła. Paskudztwo. Nigdy nie jadłem nic gorszego, nawet na koloniach ani na stołówce szkolnej. Za Nitrą zaczynają się góry. Jest tu w okolicy jakaś jaskinia i zamek, ale robi się ciemno więc już na pewno nieczynne. Zamku próbujemy szukać według mapy, ale minęliśmy go, jak się okazało rano całkiem spory kawałek. Zaczęly się góry. W nocy jazda po górach jest bardzo dziwna, wcale nie czuje się prędkości przy zjeździe, dopiero jak cały rower się trzęsie i nie można wyrobić z obrotami to wiadomo, że jedzie się już ponad 55. Idziemy spać w wielkim stogu siana. Oglądamy sobie myszy. Noce zaczęły robić się chłodne, ale okrycia mamy pod dostatkiem.

95.07.21.
Neverice - Nova Bana - Bzenica - Ziar - Bañska Bystrica, 105 km.

Najpierw obudził mnie traktor, ale ponieważ nie było jeszcze widać słoñca postanowiłem nie wstawać, tym bardziej, że wygodniejszego łóżka nie miałem w życiu. Potem na pole obok przyjechał drugi ciągnąc za sobą jakiś ogromny walec. Dowcipny kierowca zatrąbił i pokazał na migi że już pora wstawać. Zignorowałem go. Pewnie nie było jeszcze szóstej. Potem się obudziłem i zobaczyłem nad głową wysięgnik z sianem. Meeck też obudził się mniej więcej w tym samym momencie. Złapałem matę i kask i zeskoczyłem na ziemię. Meeck zrobił to samo i zaczęliśmy się strasznie śmiać. Wysięgnik zrzucił siano, ale obok naszych miejsc. Za chwilę zjawił się właściciel pola i jak się okazało że nie paliliśmy w tym stogu papierosów, ani nawet ogniska to zrobił się bardzo miły a nawet nam zdjęcie. Musieliśmy się tylko szybko zebrać, żeby nie tamować roboty. Śniadanie zjedliśmy przy stoliku na stacji benzynowej. Pierwsze 20 km jechało nam się wyjątkowo opornie, mięśnie jakoś nie chciały się rozgrzać, potem jednak było znacznie lepiej. zamekDroga była wspaniała, prowadziła doliną, bardzo widokowa, po bokach rosły lasy lub płynęła rzeka Hron. Wymienialiśmy pozdrowienia z autostopowiczami, którzy potem machali nam z samochodów. W miejscowości Nova Bana zatrzymaliśmy się na zakupy, bo zbliżał się weekend, co na Słowacji znaczy niemożliwość kupienia czegokolwiek. Ppila na scianieotem w Bzenicy próbowaliśmy zatrzymać się nad rzeką, ale dostęp był tak kiepski, że postanowiliśmy jechać dalej. Następna krzyżówka szosa-rzeka miał być za Ziarem i tak też było. Ponadto po wjechaniu na most zobaczyliśmy strasznie fajny zamek, i mimo że był na strasznie wielkiej górze to jakoś się tam z całym dobytkiem wtaszczyliśmy (w zeszłym roku w podobnej sytuacji zostawiliśmy rowery na dole i tubylcy ukradli mi licznik). Ruiny były genialne i zrobiłem masę zdjęć. W zamku zjedliśmy też obiad. Potem wykąpaliśmy się w rzece na dole, jednak była to średnia przyjemność, bo dno było kamieniste a woda zimna. Jakieś 8 km przed Bañską Bystricą zatrzymaliśmy się przy drodze na polu kukurydzianym. Znów pojawiły się komary, chociaż w porównaniu z Węgrami były ich śladowe ilości.

95. 07.22.
Bañska Bystrica - Myto - Kralova Lehota, 96 km.

Rozkładanie się na tym polu było takim sobie pomysłem. Składało się ono z takiej okropnej suchej, spękanej ale zarazem potwornie lepkiej ziemi, która przyczepiała się do ubrañ i namiotu i ogólnie wszystkiego. Jak zwykle rano nie było co jeść więc szybko się zwinęliśmy, umyliśmy na pobliskiej stacji benzynowej i pojechaliśmy do Bañskiej Bystricy. Miasto bardzo ładne, starówka nastrojowa i zadbana, nastawione na turystykę bo knajp 10 razy więcej niż sklepów. W sklepach na Słowacji ogólnie nic nie ma. W pierwszym nie kupiliśmy nic. W drugim kupiliśmy 50 bułek i wodę mineralną. Meeck kupił 5 dkg żółtego sera i jak poprosił o pokrojenie to pani się prawie oburzyła. W trzecim były jakieś puszki i makaron. Ryżu nie było nigdzie, udało nam się za to kupić benzynę oczyszczoną do maszynki. Śniadanie zjedliśmy pod fontanną. Potem ja chciałem mieć zdjęcie w fontannie więc wlazłem do środka.piła w fontannie Meeck udawał że nie może ustawić ostrości i cały zmokłem. Nawet dobrze bo upał był jak zwykle nieziemski. Potem zjedliśmy dużo lodów, Marek nawet za dużo bo kazał mi jechać przodem, bo boli go brzuch i będzie się wlókł. Na szczęście droga nie była zbyt górzysta. Minęliśmy jakiś zamek, ale wyglądał na zbyt dobrze zakonserwowany więc pstryknąłem tylko zdjęcie. Kawałek za miejscowością Myto spotkałem człowieka na sportowym rowerze, który okazał się być Polakiem, gdzieś z pod Nowego Targu. Podróżował na tym rowerze tylko z malutkim plecaczkiem podwieszonym pod siodełkiem, chyba miał w nim pieniądze, bo zatrzymywał się w hotelach i jadł w restauracjach. Byli we dwójkę w Wiedniu, ale jego kolega naciągnął ścięgno i wracał właśnie pociągiem do domu. Jeździli dziennie po 220 km, ale na lekkich rowerach i bez bagażu. Pojechaliśmy razem kawałek, ale zmęczyłem się i postanowiłem poczekać na Marka. Zjechaliśmy nad rzekę, ja oczywiście musiałem do niej wjechać. Potem zdjąłem bagaż i bawiłem się jeżdżąc wdłóż i w szerz rzeki. Zjedliśmy obiad.rower meeck'a Umyliśmy i nasmarowaliśmy rowery i bardzo dobrze, bo zaczęła się górka. Najpierw 5 km w miarę łagodnie, ale dość męcząco. Potem 10 km ostrych podjazdów po serpentynach, wymagających sporego zacięcia, ale złapałem dobry rytm i nie było tak źle. Na górze stała jakaś knajpa. Nabrałem tam wody, za chwilę przyjechał Meeck, ale zamknęli mu drzwi przed nosem . Długo nie staliśmy, żeby nie ostygły nam mięśnie. Dalej był prawie 20 km zjazd, w nocy po serpentynach i z szybkością ok 60 max 65. Zatrzymaliśmy się dopiero przy skręcie na Kralową Lehotę. Ja chciałem tam skręcić, bo droga na pewno była by ciekawsza ale za razem trudniejsza. Meeck miał dość wspinaczki i pojechaliśmy prosto. Nabraliśmy wody w motelu, i chcieliśmy skorzystać z latarni, żeby podładować akumulatory, jednak nie bardzo było gdzie się rozbić. Spaliśmy przy drodze, obok drewnianego stołu i ław. Nie było ani jednego komara - noce są już dużo chłodniejsze. Nie rozkładaliśmy namiotu. Puszka którą kupiłem mając ją za pasztet okazała się przecierem pomidorowym. Zdarza się. Posłużył jako keczup.

95. 07. 23.
Kralova Lehota - Hybe - Vyhodna - Tatranska Strba - Strbskie Pleso -Stary Smokowiec - Tatranska Lomnica - Tatranska Kotlina - Łysa Polana - Morskie Oko, 103 km.

Meeck jak zwykle jeszcze śpi ! Postawiłem wykrzyknik bo czytał ostatnio dziennik i wypominał mi to zdanie.meeck jak zwyle jeszcze spi Na niebie pojawiły się cirrocumulusy, czyżby zmiana pogody ? Po szosie śmigają narciarze. Mają narty na kółkach. Fajne. Wszystko co ma kółka, a nie ma silnika jest fajne. Jedziemy w kierunku Tatr Wysokich - Hybe, Vyhodna, Tatranska Strba. Droga prowadzi przez dość strome ale średnio długie górki, czyli męczące podjazdy i wariackie zjazdy. Mija nas “wycieczka rowerowa” - autokar z ludźmi ciągnący za sobą przyczepę z rowerami. Wybuchamy śmiechem. Z Tatranskiej Strby 10 km pod górkę po serpentynach. Oczywiście musieliśmy się zgubić. Ja pojechałem pod górkę na Strbskie Pleso i czekałem nad jeziorem a Meeck skręcił od razu na Łomnicę. Czekam i czekam. Pytam się jakiś Polaków, czy jedzie tam taki a taki. Powiedzieli mi że skręcił na Łomnicę. Byłem jakieś półtorej godziny do tyłu. Co gorsza Meeck pewnie myślał że jestem z przodu i próbował mnie gonić. Jadę na Łomnicę. Dogania mnie trzech “rowerzystów górskich”. Co z tego że mam bagaż. Nie mogę być gorszy. Dwóch od razu zostaje w tyle. Droga cały czas z górki, pięćdziesiątka nie zchodzi z licznika. Został tylko jeden. Jedziemy parę kilometrów razem, zmieniając co pewien czas prowadzenie. Potem jest kawałek pod górkę i on jako lżejszy wyprzedza mnie jakieś 500 m . Dogoniłem go za jakieś pięć minut, wyglądał na zmęczonego. Zapytałem z uśmieszkiem czy na Łomnicę to prosto, podziękowałem i zostawiłem go w tyle. Zatrzymał się za moment na poboczu. Do samej Łomnicy a nawet dalej, z wyjątkiem podjazdu w Smokowcu i kilku pomniejszych górek droga była cały czas z górki. Pościgałem się jeszcze z jeżdżącą przy drodze kolejką, ale szybko zostawiłem ją w tyle. Znów mam w oponie pinezkę. Weszła mi tuż za Strbskim Plesem. Niech siedzi. Zobaczymy ile wytrzyma. Nie mam na razie czasu na łatanie dętki. Pogoda zmienia się. Szczytów już nie widać. Zaczyna wiać wiatr. Jak zwykle z przodu. Ciekawi mnie gdzie jest Meeck, postanawiam mu przekazać wiadomość przez jakiś Polaków stojących na poboczu w samochodzie. Co prawda okazuje się , że nie wybieraja się oni przez najbliższą godzinę w kierunku Polski, ale widzieli Marka jakieś pół godziny temu. Spotkałem go za moment w Tatrañskiej Kotlinie, czekał na mnie bo chciał iść do jaskini. Chyba z pół godziny trwało, zanim udało nam się kupić od polskich turystów w sumie 50 koron na wstęp. Nikt oczywiście nic nie miał. Tak jak my. Poszliśmy w koñcu na górę, do wejścia do jaskini i okazało się, że bez międzynarodowej legitymacji studenckiej nie dostaniemy ulgowych biletów. Nie to nie. Bez łaski. Za korony kupiliśmy sobie piwo, brzoskwinie i czekoladę.

Pogoda zmieniła się zupełnie. Oczywiście na gorszą. Wiał silny wiatr i padał deszcz. Do granicy pozostało 20 km, zapowiadało się na długie 20. Mi jednak jechało się nienajgorzej. Podjazd w Zdziarze (z którego w zeszłym roku zjeżdżaliśmy) był odrobinę okrutny, jakieś 7 km pod górkę w deszczu. Zatrzymałem się na “naszym przystanku”, na którym w zeszłym roku nocowaliśmy, i poczekałem na Meecka. Stała tam cała masa wieśniaków, z całą masą jagód. Zaraz za przystankiem zaczął się długi zjazd, lecz nie jak się nam wydawało do samej granicy. Z tego wniosek, że najlepiej pamięta się trudne kawałki. Celnicy polscy nie chcieli mi wstawić pieczątki. Nie to nie. Marek chciał zrobić obiad za samą granicą, ale mi nie bardzo widziało się jedzenie a potem jechanie 9 km. w deszczu pod górę, więc namówiłem go, żebyśmy pojechali do Starej Roztoki. Sam nie bardzo wiedziałem jak tam zjechać rowerem, ale w zeszłym widziałem tam ludzi na mołtajnbajkach. Zjazdu okazało się nie być (trzeba prawdopodobnie pojechać drogą wewnętrzną tylko dla zaopatrzenia) więc zdecydowałem, że pojedziemy nad Morskie Oko. Poczekałem aż Meeck wyłoni się z za zakrętu i zobaczy mnie, po czym ruszyłem do góry. bułkochlebMiałem trochę wyrzutów sumienia, ale z drugiej strony jak ja jeszcze nie umarłem z głodu to Meeck też powinien jeszcze chwilę wytrzymać. Mimo padającego deszczu i męczącej drogi miałem świetny humor, jechałem sobie i gwizdałem jakiegoś bluesa, i uśmiechałem się do wszystkich mijanych ludzi którzy patrzyli na mnie jak na zjawę. Droga zajęła mi więcej czasu niż kiedyś biegiem - jakąś godzinę z minutami. Wleciałem do nowego schroniska cały spocony, mimo oddychającej odzieży. Wypiłem od razu litr soku i zjadłem jakieś ciasteczka. Przysiedli się do mnie jacyś ludzie i zaczęliśmy gadać o rowerach. Oni byli specjalistami od wpadania na barierki i wszelkich innych sposobów niszczenia sprzętu. Kupiłem dyplom za wjazd nad Morskie Oko i wypisałem Meeckowi stawiając chyba z 20 pieczątek ze schroniska. Zarezerwowałem miejscówki w starym schronisku, po 100 tyś od osoby (!!!), dostaliśmy prycze i dobrze bo podłoga kosztowała tyle samo (!!!). Za jakieś 30 minut przyjechał Marek. Nie był zbyt zachwycony noclegiem za taką cenę.

W schronisku poznaliśmy dziewczynę. Z początku myśleliśmy, że jest Angielką, okazała się być Szwajcarką. Nazywała się Jolanda. Była sama, bo jak powiedziała “It’s better to travel alone than not to travel”. Święte słowa. Właśnie wróciła z Litwy, Łotwy i Estonii. Była bardzo ostrożna, bo jej tam nie okradli. Nawet wychodząc z pokoju do kuchni zabierała swój plecaczek. Kondycję miała niezłą, przyszła dziś z Kuźnic prze Murowaniec, Kozią Przełęcz, Piątkę i Szpiglasowy Wierch. Poszliśmy do kuchni. Meeck popisywał się rozpalaniem maszynki, aż jakiś człowiek zabrał swój ręcznik z nad kuchni a facet od schroniska powiedział, że tu wszystko jest z drewna. Zjedliśmy obiad i zrobiliśmy porządek z piecem, bo był pełen popiołu i ledwo się palił, a wiadro na węgiel pełne było miału. Sporo rozmawiałem z Jolandą. Prowadzi niesamowity tryb życia. Pół roku pracuje, pół podróżuje. Z wykształcenia jest księgową, chociaż teraz pracuje ochotniczo w Albanii. Była w 69 pañstwach !!!, podróżując głównie autostopem. Musi mieć koło trzydziestu kilku lat, chociaż nie można ocenić tego po jej wyglądzie, mogła by być równie dobrze brzydką dwudziestką.

Nad Okiem mgła, gdybym nie wiedział że jest tu jezioro to bym nie uwierzył. W zasadzie to nie mgła, tylko chmura, ale na jedno wychodzi. Nic nie widać.

Na noc wprowadzamy rowery do kuchni i podłączamy akumulatory. Są już prawie na wyczerpaniu. Meecka kopnął prąd, zamieniłem więc mój kabel rowerowy z telefonikiem sieciowym, na którym wytarła się izolacja, żeby nie spaliło się schronisko.

95. 07. 24.
Morskie Oko - Zakopane - Nowy Targ - Rabka - Mszana Dolna - Kasina Wielka - Wiśniowa

Obudziłem się chyba pierwszy w schronisku, a na pewno pierwszy w naszym pokoju. Zaraz potem wstał Meeck (!) i poszliśmy pod prysznice. Pierwsza gorące kąpiel od dwóch tygodni. Po powrocie do schroniska rozpaliliśmy piec, bo ci co spali w kuchni totalnie zaniedbali sprawę. Jakaś dziewczyna chciała wysuszyć sobie expresowo skarpetki, ale zagapiła się na chwilę i otrzymała węgiel. Zdarza się. Zagotowała się nawet woda w wielkim czajniku. Poznaliśmy jeszcze jedną Angielkę, która przysiadła się do Jolandy. W zasadzie to nie była Angielka, bo urodziła się w Honk-Kongu i miała skośne oczy, ale mieszkała w Londynie. Potem jeszcze poznałem jej koleżankę, prawdziwą Angielkę.

Poszedłem sobie na spacer z aparatem. Wszędzie pełno kropelek. Założyłem już czwarty film. Poszedłem prawie do podejścia pod Czarny Staw. Strasznie się wstydziłem moich tenisówek. Mgła a raczej chmura trzymała się nadal. Lubię chodzić we mgle. Świat strasznie się wtedy zmniejsza i jest jakoś tak przytulnie.

Jak wróciłem to Angielek i Jolandy już nie było, bo poszły na dół (Angielki pojechały), a Meeck marudził, że jak zwykle się zgubiłem. Jolandę spotkaliśmy jeszcze po drodze i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Poleciłem jej bar Morskie Oko w Zakopanym i zaznaczyłem na jej mapie Smreczyñski Staw, żeby koniecznie tam poszła. Zjazd był wspaniały, we mgle po serpentynach, w dodatku szło całkiem sporo ludzi, jak to nad Moko. Jolanda i my Trochę emocji nie zaszkodzi. Do Zakopca więcej było z góry niż pod, znaczy że rok temu było gorzej. Na serpentynach można ścigać się z samochodami, więcej jak 60 nie jeżdżą. W Zakopanym nie mieliśmy zbyt miłego powitania. Chciałem zajrzeć do sklepu na rondzie koło Kuźnic, gdzie między innymi sprzedają rowery. Meeck oparł swój rower o płotek, a ja postawiłem mój na trawie opierając go o murek. Ze sklepu wyskoczył facet i gada jak my możemy tu stawiać rowery, że płotek się złamie a na trawie to już w ogóle i skąd my przyjechaliśmy z takimi manierami. Powiedziałem mu że z Europy gdzie pod każdym warzywnikiem stoi stojak na rowery (nie mówiąc już o sklepach z rowerami). Nie powiedział nic więcej.

Potem pokręciliśmy się po Krupówkach, ja poszedłem do baru Moko i zjadłem niezły obiadek. Należało mi się. Meeck znowu cos narzekał na brzuch i kręcił się po mieście. Potem do baru przyszła Jolanda i zaraz Meeck. Pokazałem jej co może zwiedzać w taką pogodę - jest tu przecież tyle ładnych dolin. Ostateczne pożegnanie i ruszamy najpierw na zakupy a potem pod teatr Witkacego. Nareszcie robię zdjęcia. Malunki na ścianach są więcej niż genialne.

Z Zakopca do Nowego Targu jest praktycznie cały czas z górki. Jedzie mi się świetnie, mimo że do obiadu wypiłem piwo.wypadki Musimy zrobić krótki postój, pinezce w mojej oponie ztarł się łepek i zaczęło uciekać powietrze. Założyłem nową dętkę.

Znowu zaczęły się góry, tym razem jakiś Beskid. Koło Rabki Meeck zgubił ostatni papier toaletowy, zjechaliśmy więc (z wielkiej góry) do miasta w celu nabycia drugiego. Polska nie Słowacja czy jakaś tam Austria - póki menele siedzą i łykają to sklep otwarty - interes się kręci. Nie chciało nam się podjeżdżać z powrotem do szosy na Kraków, postanowiliśmy pojechać przez Mszanę Dolną nad zalew w Dobczycach. Trzeba przyznać, że Beskidy to bardzo ładne góry, i nawet nie tak bardzo męczące. Do jeziora nie dojechaliśmy, położyliśmy się spać na stoku góry, naprawdę było ładnie.

95. 07. 25.
Wiśniowa - Dobczyce - Wieliczka - Niepołomice - Igłomia - Posądza - Proszowice - Kazimierza Wielka - , 124 km.

Obudziłem się i piszę dziennik. Położyłem się w cieniu za chwilę jednak słoñce dogoniło mnie więc przesunąłem się kawałek. Zanim skoñczyłem pisać czynność przesuwania musiałem powtórzyć kilka razy. Jedziemy nad zalew. Jest sporo z górki i da się poszaleć. Zalew okazuje się własnością elektrowni więc jedziemy nad płytką i kamienistą Rabę. Potem Wieliczka i Niepołomice. Przekraczamy rzekę jak zwykle po remontowanym moście i spotykamy tabliczkę “Kraków”. Trochę nas to zdezorientowało, ale okazało się że jesteśmy we właściwym miejscu, a Kraków po prostu jest taki duży. Dalej Igłomnia - Proszowice - Kazimierza Wielka. W Kazimierzy znajdujemy piekarnię i kupujemy wielki gorący chleb. Jakieś babki pod sklepem strasznie nam zazdroszczą, że tak sobie jeździmy. Specjalnie im się nie dziwię. Mają góra po 20 lat a już każda pcha wózek z dzieciakiem. Z okazji przejechanych 100 km robimy obiad. Jemy go w parku nad wyjątkowo syfiastym stawem. Wieczór już naprawdę zimny. Jedziemy dalej, już zupełnie po ciemku. Kładziemy się spać w lesie, jakieś 10 km. przed Busko - Zdrojem.

95. 07. 26.
Busko Zdrój - Kielce - Radom

Meeck prawie od razu łapie traktor. Mój haczyk został niestety na tym błotnistym polu kukurydzy, więc jedyne co mogę zrobić, to jechać tuż za traktorem wykorzystując tunel powietrzny. Potem jedziemy kawałek razem, aż Meeck łapie jakąś szambiarkę i jedzie za nią do samych Kielc. Ja mam ogólnie dzisiaj kiepski dzieñ, czegoś mi brakuje, bo słabo i śpiąco się czuję. W Kielcach chcę kupić RedBulla ale nikt nie wie co to jest. Ogólnie Kielce to wiocha, nie ma tam na przykład żadnego sam’u i nie można sobie pooglądać konserw z bliska. Potem zaczynają się Góry Świętokrzyskie. Chociaż jazda po górach to moja specjalność Meeck bez problemu zostawia mnie w tyle. Kurczę, po prostu nie mam siły i już. Obiad zjedliśmy “jak zwykle” z okazji 100 km. Tym razem na stoliczku pod sklepem. Reklama Schöllera posłużyła za osłonę do maszynki. Potem okazało się że jakiś kilometr dalej był zalew i można się było nawet wykąpać, ale dowiedzieliśmy się właśnie w momencie gdy ruszaliśmy w dalszą drogę. Zagadnął nas jakiś człowiek, który też by chciał tak jeździć (ilu takich ludzi już spotkaliśmy) więc daliśmy mu swoje namiary. I tak się nie skontaktuje.

Po obiadzie mój stan radykalnie się poprawił i do Radomia zajechaliśmy w tempie expresowym. Po drodze weszliśmy do jakiegoś zajazdu i poprosiliśmy o dwie torebki herbaty. Dostaliśmy za darmo. W Radomiu poszliśmy do McDonalda na stacji benzynowej. Ja chciałem tylko dwa ketchupy, żeby były do kanapek, skoñczyło się na cheesburgerze i big macu. I tak dobrze. Przejechaliśmy przez miasto i położyliśmy się na jakimś polu ze snopkami. Obok świeciły się latarnie, więc żeby nam się lepiej spało Meeck powykręcał bezpieczniki i zrobiło się zupełnie ciemno, dokładnie tak, jak powinno być w nocy.

95. 07.27.
Radom - Białobrzegi - Grójec - Warszawa

Ktoś potrząsnął mnie za ramie i powiedział “Panowie wstajemy” . Właścicielka pola przyszła rozrzucać snopki, żeby siano podeschło - na noc układa się je bo schodzi rosa. Jak wszyscy dziwiła się, że nie boimy się tak spać. Snopek o który oparliśmy nasze rowery obiecaliśmy rozrzucić jak tylko się zbierzemy. Śniadanie zjedliśmy z McDonaldowym ketchupem. Rozrzuciliśmy snopek, Meeck włączył latarnie i w drogę. Gorszej jezdni niż z Radomia do Białobrzegów to nie ma chyba na całym świecie. W Białobrzegach pomoczyliśmy się w Pilicy. Mi się już nie bardzo chciało, żyłem powrotem do domu i obiecywałem sobie jak okropnie się najem jak wrócę. Koniec wyprawy zawsze jest najgorszy, nic ciekawego się już nie dzieje, tylko oczy w asfalt i do domu. gumaJa zawsze marzę o porządnym jedzeniu. Po trzech tygodniach obiadów makaron+konserwa lub ryż+konserwa człowiek ma już dość. Gdyby nie obiad w Zakopcu to bym już chyba nie żył. Zresztą poczynając od Neusidler See byłem ciągle głodny, organizm chyba wyczerpał już swoje zapasy, a to co jadłem nie było w stanie go zaspokoić. W Grójcu zjedliśmy co nieco pod sklepem i wzięliśmy na drogę po bułce z czekoladą. Droga Grójec - Piaseczno była nawet ładna, ale to już nie to, zaraz przecież będziemy w domu, to już koniec. Koniec wyprawy, którą żyło się od poprzednich wakacji. Rowery spisały się świetnie. Żadnej poważnej, w zasadzie to żadnej awarii. W Piasecznie zjedliśmy bułki koło czołgu. Przy wyjeździe usiedliśmy na kole jakiemuś człowiekowi na nawet ładnym rowerze Treka i jechaliśmy za nim aż do Grabowa. Przynajmniej była jakaś rozrywka. Co z tego, że mieliśmy bagaż i jechaliśmy z Radomia. Nie można mu było pozwolić uciec. On natomiast bardzo chciał uciec, bo to przecież głupio nie uciec takim obładowanym gościom i w ten sposób poruszaliśmy się znacznie szybciej. Pod Grabowem Meeck złapał gumę i to niebylejaką - trzy dzióry. Załataliśmy na przystanku trolejbusowym. Ostatnia rozmowa z człowiekiem, który też by tak chciał... Ostatnie kilometry... Koniec wyprawy. Jesteśmy w domu.

***

Przyjeżdżam. Na drzwiach oczywiście wisi kartka o braku ciepłej wody. W zeszłym roku też taka wisiała, prawie się wtedy załamałem, przez trzy dni marzłem i mokłem, jechałem podtrzymywany nadzieją długiej, gorącej kąpieli. W tym roku nie było tak źle, pomijając fakt że byłem cały brudny. U mnie oczywiście nie ma nikogo. Rodzina w Ełku. Dzwonię pod 15 - tam powinny być klucze. Nie ma nikogo. Jadę do Borkosia. Nie ma nikogo. Uratowała mnie Paulina. Wykąpałem się. Wypiłem piwo. Pospałem. Wróciła pani Barbara i dostałem klucze. Najadłem się tak, że nie mogłem spać. Jutro mógłbym jechać na następne trzy tygodnie ...


Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikowanie tylko na zasadach
określionych przez redakcję Koła Roweru >>zobacz.
strona główna |  index

0.08987 sek.  optima cennik